Podsumowanie 2023

To będzie chyba najkrótsze podsumowanie w historii tego bloga, bo mi się nie chce, a jednocześnie chcę parę rzeczy zanotować ;)

Przeczytałem/przesłuchałem 124 książki (jaka ładna liczba :D ), dla WOŚP w 31 finale zarobiłem 2276,66zł (64 przesyłki wysłane, większość InPostowych).

Udało się z wycieczką do Anglii… i muszę powiedzieć, że był to dość spokojny urlop, co do dziś wspominam (w jakoś taki wyjątkowy sposób… i że było w niej coś magicznego, i to nie tylko ze względu na Stonehenge ;) ) i to mi się podoba… Udało się też polskie morze latem i kilka mniejszych (weekendowych) wyjazdów. Na przyszły rok planowałem po kilka dni (max tydzień) w Nicei i może Barcelonie… ale ostatnio znów myślę o objazdówce po Ameryce Południowej z biura podróży, więc muszę jeszcze pomyśleć… (i sprawdzić ile ona teraz w ogóle kosztuje…). I też kilka weekendowych czy nawet jednodniowych – na razie mam zapał i bardzo mi się chce! Jakoś tak radośnie nie mogę się doczekać :)

Co do bloga – już jestem pewien, że choć część z tych treści trzeba ukryć, bo naprawdę wstyd po tych 20 latach :D A jednocześnie część treści jest dobra i niezła dla potomnych ;) Dodatkowo nie chce płacić mi się za hosting choćby na kolejny rok… ale na kolejny pewnie jeszcze zapłacę, bo też nie mam czasu kombinować w 20 dni jak tu przenieść bloga na darmowy serwer i żeby notki ukryte pozostały ukryte, a część z tych widocznych jeszcze ukryć… Za dużo roboty, a czas to jeszcze droższy mi obecnie pieniądz, więc chyba jeszcze w tym roku zapłacę.

W tym roku już faktycznie trochę mniej myślę o śmierci i przemijaniu ;) może dobre książki czytam ;) Ale o tych przemyśleniach innym razem, może już w następnej notce, bo właściwie notatki mam prawie gotowe…

Na przyszły rok planów/postanowień nie mam, życzenie wciąż to samo: rentierstwo, wygrana lub dochód podstawowy (tylko co raz bardziej palące ;) ). Ostatnio pomyślałem, że może dłużej spać, to by było coś, do czego warto dążyć… ale wydaje mi się za trudne i nie wyjdzie, to nawet nie zaczynam tego postanawiać :D
Ogólnie: prostota, minimalizm, lekkość, wolne życie – nadal do tego tęsknię ;) I tego sobie życzę w 2024 i zawsze.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Październik 2023 – dwa długie weekendy i krótkie wycieczki ;) – Halle, Thale, Quedlinburg i Heidelberg

Mam zaległości z pierwszym, to opiszę od razu dwa ;)

30.09-1.10 – Halle, Quedlinburg, Thale

Długi weekend (bo 3.10 Dzień Zjednoczenia Niemiec), a jak długi to warto wykorzystać na jakąś wycieczkę… Właściwie to planowałem od jakiegoś czasu wybrać się do Holandii, do Rotterdamu i Hagi… jednocześnie planowałem wypróbować mój nowy śpiwór do spania w samochodzie, niestety w Holandii nie wolno nocować w samochodzie! :[ Zezłościło mnie to bardzo i musiałem wybrać sobie inny cel wycieczki (no spoko, można by pojechać Flixbusem i wziąć jeden nocleg, ale to jednak trzeba by zaplanować wcześniej, bo ceny rosną, poza tym jednak testowanie śpiwora to priorytet był :D ). Tak więc inny plan ;)

30.09, sobota – do Halle mam około 330km więc chciałem wyruszyć o 6:00, tak żeby w nieco ponad 3h dojechać, potem dojść i najlepiej o już o 10:00 wejść do Muzeum Prehistorii, bo to był mój główny cel :) (oczywiście do Halle też by lepiej pasowało wstąpić po drodze do Polski ale no ile tych miejsc do zaliczenia po drodze można mieć? ;) trzeba je też wciskać tak po prostu na weekendy, bo musiałbym zbyt długo odkładać…). Jak zwykle poszło tak sobie, zajechałem trochę później ;) Zaparkowałem na P&R Kröllwitz (parking darmowy i duży, mało aut tam parkowało) skąd do muzeum są 3km na piechotę (można też tramwajem podjechać ale nie chciało mi się ogarniać biletów, przeszedłem się, spacer też był ok). Bilet wstępu 7€, co jest ceną spoko, muzeum fajne, ładnie zrobione itp., aale oczywiście najważniejszym jego eksponatem jest Dysk z Nebry (i pewnie sam bym się tym muzeum nie zainteresował gdyby nie on :D ), no i trzeba przyznać, że jest elegancko wyeksponowany – coś jak Mona Lisa w Luwrze, a nawet jeszcze lepiej XD ma swoją salę, z przyciemnionym światłem… i jest większy niż przypuszczałem ;)
Po muzeum pochodziłem jeszcze po mieście oglądając najważniejsze jego punkty, a na rynku głównym był mały festyn ale chyba nic tam nie kupiłem… Na kolację McDonald’s i na autostradę w kierunku domu, gdzie spałem na pierwszym parkingu (Plötzetal Ost). Śpiwór bardzo dobry :D tylko chyyyba jednak wygodniej było mi się kulić na tylnej kanapie zamiast ją składać i spać na twardym ;) bo choć mogłem się wyciągnąć, to jednak za twardo, no ale to był eksperyment ;)

1.10, niedziela – ruszyłem dalej i choć od początku planowałem ten dzień spędzić wędrując po górskiej okolicy Thale, to jakoś wcześniej natrafiłem na wzmiankę o miasteczku Quedlinburg – zabytkowe, wpisane na listę UNESCO, praktycznie po drodze – wstąpiłem. Zaparkowałem na Wipertistraße 9, bo parking darmowy ale mały, ja zdążyłem no ale byłem o 6:00 czy 7:00 rano ;) i za mną zapełniał się szybko. Warto zobaczyć Münzenberg no i centrum. I chociaż to miasteczko było przeze mnie najmniej planowane na ten wyjazd, to podobało mi się najbardziej! Naprawdę jest wow i warto! :) Spokojnie może konkurować z „instagramowym” Rothenburgiem (Rothenburg ob der Tauber).

Stamtąd niedaleko już było do Thale. Tam z kolei znowu odwieczny dylemat: który parking będzie najlepszy (i najtańszy) i co ja w ogóle chcę :D Chciałem obejrzeć domek czarownicy na Hexentanzplatz ;) i przy nim samym też jest parking (7€) i nawet chciałem tam pojechać ale wahałem się czy nie fajniej będzie wejść, a stanąć gdzieś w miasteczku. Parking przy kolejce linowej miał być darmowy albo tani. Darmowy nie był (znaczy kilka miejsc tam gdzieś było, oczywiście zajętych), za to pełny… pewnie by się tam parę miejsc znalazło, ale tyle ludzi stało, że bez większego planu odbiłem w lewo (zamiast w prawo na parking) i jakąś uliczką zajechałem za jakąś halę żeby zawrócić, jednak był tam taki placyk gdzie stanąłem chcąc na nowo ustawić nawigację… a tu patrzę, ludzie za mną zatrzymali się i wysiadają, potem inni, jeszcze inni… nie wiem kiedy, stanęło tam sporo samochodów (wzdłuż ulicy też z resztą stali, zanim ja wjechałem na ten trawiasty placyk też tam 2 czy 3 samochody stały ale i tak…), no ale skoro oni stanęli i ewidentnie zamierzali tam parkować, to hej, też tak zrobiłem :D Ruszyłem za większością ludzi, jednak większość szła na kolejkę (spora atrakcja, zwłaszcza z dziećmi). Ja jednak wszedłem na pieszo! Tylko że tam jakieś remonty są i… w pewnym momencie, już prawie u celu, stanąłem przed metalowymi siatkami – patrzę, że ludzie za nimi łażą, ale ja jestem po drugiej stronie i co teraz? :D Jednak byli i inni wędrowcy, poszli gdzieś z boku i przeszli za siatki, no to ja za nimi ;) Ale serio jest to dziwne, remonty rozumiem, no ale mogliby na dole napisać że przejścia nie ma, albo na górze wskazać jakieś przejście dla wędrujących… „Domek czarownicy” to atrakcja raczej dla dzieci, ale i tak poszedłem :D (5€ wstęp). Pochodziłem, obejrzałem co było do obejrzenia i wróciłem do samochodu (znów gdzieś obok siatki ;) ). Swoją drogą schodząc z góry, widziałem że na Walpurgisstraße można było znaleźć darmowe miejsca parkingowe, stamtąd pod górę byłoby nawet bliżej. W samym Thale był jeszcze pchli targ, wstęp 1€ ale tak jakoś chciało mi się przejść, nic nie kupiłem ale mieli wyjątkowo czyste i nieoblegane Toi-Toie, także też się przydało ;) Jak dotarłem do samochodu, poczułem się tak zmęczony, że po prostu musiałem znów się zdrzemnąć (ale to już tylko jakąś godzinkę czy dwie, siedząc za kierownicą ;) ). Potem jeszcze sms-em kolega podpowiedział mi inne miejsce w okolicy – taką tamę (Wendefurth Dam), podjechałem tam ale już się ściemniało, więc prawdopodobnie nie ująłem najlepszego widoku, za to parking był niemal pusty ;)

No i ruszyłem w kierunku domu. Ledwie wjechałem na autostradę, wyprzedziła mnie policja i zaraz „Bitte folgen/Follow me”… No to zjechałem za nimi na parking. Pytali o dokumenty, skąd dokąd jadę i czy byłem kiedyś zatrzymany (nie, chociaż w sumie to tak, kiedyś w moim mieście zrobili taką akcję, że co któryś samochód kontrolowali ot tak sobie, ale nie wiem czy się liczy, z resztą zapomniałem o tym w tym momencie). W końcu mówią, że zatrzymali mnie, bo mi się jedno światło z tylu nie pali i normalnie to kosztuje… ja na to, że no z tyłu to nie mogłem widzieć, na co oni, że no tak tak, dlatego nie będzie mandatu tylko informują. Potem pytali jeszcze o kamizelkę odblaskową i trójkąt ostrzegawczy – wszystko mam tylko każde w innym miejscu ;) I nie wiem czy mój samochód wygląda za bardzo hipisowsko, czy za wolno reagowałem na ich słowa (ale albo to z powodu tego że tam mają jakiś dziwny akcent albo ci policjanci mieli dziwny akcent z powodu bliskowschodnich korzeni, naprawdę mieli pewien obcy akcent i potrzebowałem jeszcze kilku sekund dłużej żeby zrozumieć co do mnie mówią, ale przecież im tego nie mogłem powiedzieć :D ) ale chyba im się wydawało że mogę być pod wpływem czegoś :D I chcieli mi zrobić test z moczu, na co ja mówię, że z tym może być problem. „Dlaczego?” – „Bo u mnie z tym trudno kiedy akurat nie muszę…” Ale się uparli, że spróbujemy. To mówię, że może się chociaż napiję? „Nie, lepiej nie”. No ok, rozumiem, ale to nie pomaga :D nie doczekali się aż w końcu zaproponowali wymaz z ust – no ludzie, nie można było tak od razu? ;) Ale pewnie nie, pewnie większość ludzi woli jednak z moczu, pewnie większość ludzi potrafi tak na zawołanie sikać, a poza tym na ten z wymazu trzeba poczekać kilka minut (ale to i tak krócej niż mnie zmusić do sikania :D ). Oczywiście, że czysty, to im się chyba głupio zrobiło i już nawet nie poczekali aż wymienię tą żarówkę (teoretycznie to chyba powinni, trzeba mieć zapasowe żarówki, a nawet nie sprawdzili czy miałem, tego akurat nie sprawdzili ;) ), życzyli spokojnej drogi no i tyle ;) Ale i ja jestem mądrzejszy teraz, na następny raz przygotowałem sobie od razu taką przemowę (która jest z resztą prawdą): „To się nie uda, ponieważ z powodów psychologicznych unikam publicznych toalet, bo mam w nich trudności, a przy świadkach to już w ogóle nie ma opcji, bo wszystko mi się blokuje nawet jak muszę, a tym bardziej jak nie muszę.” i niech od razu robią ten inny test ;) Dalsza droga minęła już bez niespodzianek i nawet jakieśtam miejsce parkingowe znalazłem na mojej ulicy, mimo że wróciłem przed północą ;)

28-30.10 – Heidelberg

Nadal miałem w planach tą Holandię bardzo mocno ale po prostu się zagapiłem, brak czasu sprawił, że za późno sprawdziłem Flixbusy i cóż – ceny wzrosły. I ja rozumiem, że czasem może nie warto się tym aż tak przejmować ale z drugiej strony nie lubię przepłacać jeśli nie muszę, więc odpuściłem (zwłaszcza że i hotele nie były tanie tak krótko przed wyjazdem). Prawie już zdecydowałem, że spędzę ten weekend w domu ale potem jeszcze zerknąłem na przejazdy i hotele w Heidelbergu, który też planowałem kiedyś odwiedzić, z tym że to „kiedyś” było niesprecyzowane… Okazało się, że Flixbusy mają spoko ceny (nie bardzo się różniące od tych z dużym wyprzedzeniem), a hotele za cenę 60€ za noc, to w dzisiejszych czasach bardzo tanio! :D Więc zdecydowałem się. No co tam, wprawdzie w domu mam też co robić ale jak przesiedzę weekend w domu, to będzie jak każdy dzień, a tak przynajmniej coś przeżyję ciekawego ;)

Tak więc popołudniu w piątek 27.10 ruszyłem na Flixbusa. Ponieważ jeszcze u mnie kończyła się inna impreza z karuzelami, po drodze poszedłem jeszcze tam… choć mój plecak był wypchany i ciężki. Żeby mi było wygodniej, pojechałem bowiem z tym jednym plecakiem (no dobra i jeszcze torbą na pas ;) ), bo skoro dałem radę z nim do Gracji na 5 dni, to tym bardziej dam radę tutaj na weekend ;) (noo tyle że wtedy brałem mały komputer GPD, a teraz uparłem się na laptopa pełnych wymiarów ;) ). Potem Flixbus… i naprawdę ten nasz przystanek to jest patologia… ciasna ulica ze ścieżką rowerową, nie ma miejsca, rowery nie mogą przejechać albo dzwonią czy wrzeszczą, ludzie łażą bo nie wiadomo gdzie autobus stanie, bety bezdomnych w jakichś zaułkach… Nowy dworzec jest już właściwie wybudowany ale jeszcze nie otwarty, bo coś tam się przedłuża, a ja tak czekam na to otwarcie… No ale nic, Flixbus przyjechał spóźniony, kierowcy nie sprawdzali biletów i w ogóle nie mówili wiele przez całą podróż – pierwszy raz mi się to zdarzyło i wcale nie czuję się dobrze jadąc bez sprawdzanych biletów. Dojechaliśmy jednak mniej-więcej planowo, to znaczy około 4:00 rano, więc miałem sporo czasu do zabicia żeby wyjść zwiedzać jak się choć trochę rozjaśni :D Trochę czytałem, trochę kimałem w poczekalni… no z 1,5h na pewno się przespałem, a pewnie trochę dłużej ;) Potem ruszyłem zwiedzać.

Poszedłem tego dnia (sobota, 28.10) w stronę zamku. Po drodze nawet zastanawiałem się czy nie odwiedzić BodyWorlds, które kiedyś na pewno też chcę odwiedzić (i tam bym pewnie do 15:00 czas spędził, potem mógł iść zameldować się w hotelu, a potem dalej zwiedzać już bez plecaka) no ale 19€ to niemało, więc jak już tyle płacić, to lepiej odwiedzić tą główną wystawę (która jest w Gubinie, więc mogę to zrobić kiedyś po drodze do PL), z resztą może jeszcze donuję swoje ciało i wtedy miałbym wstępy na wszystkie wystawy za darmo, także szkoda pochopnie wydawać kasę :D No w każdym razie przeszedłem główną ulicą, dotarłem do podnóża zamku, tam miałem straszny dylemat czy wspinać się na górę na nogach czy wjechać kolejką… i tym razem nie był to dylemat cenowy, bo bilet na kolejkę tam i z powrotem to 14€, a w tym wejście na dziedziniec zamkowy, oglądanie wielkiej beczki na wino i muzeum aptekarstwa – czyli spoko cena. Tylko że ja lubię chodzić w takie miejsca i też jest to dla mnie atrakcja żeby tam wejść na własnych nogach… Jednocześnie kolejka to też atrakcja, bo druga część kolejki, to najstarsza górska kolejka w Niemczech, ma ponad 100 lat i nadal oryginalne wagoniki! Także no, trzeba się nią przejechać! Ale chciałem też wejść… Ruszyłem na pieszo do zamku, również stamtąd można pojechać kolejką. Plecak ciężki, kolejką trzeba się przejechać, ale wejść się też chce… ruszyłem dalej pieszo… tam jeszcze schody kamienne, zwane „Drabiną do nieba” – to też chce się wejść… i wszedłem! :D Aaale nie było to proste, z tym plecakiem :/ naprawdę było ciężko… nigdy nie musiałem robić takich długich przerw (ale i nigdy nie wchodziłem pod górę z tak ciężkim plecakiem…), w końcu wszedłem! A kolejką po prostu zjechałem (9€ za bilet w jedną stronę – też oszczędność :D chociaż można tam też było zjechać autobusem – to by było jeszcze taniej ;) ale nie chciałem, bo wiadomo – zabytkowa kolejka). Wszedłem też oczywiście na dziedziniec zamku i do muzeum… i tak szczerze mówiąc, to uważam że to muzeum powinno być tak z 1-2€ dodatkowo płatne, a to dlatego, że jak jest „za darmo” (tzn. w cenie kolejki), to wejdzie tam oczywiście każdy, nawet ludzie nie bardzo w sumie zainteresowani, tylko tacy co się snują i nie wiedzą co tam robią ;) 1-2€ to na tyle mało, że żaden koszt, a jednocześnie myślę, że odsiałoby parę osób. No w każdym razie dla mnie bardzo ciekawe muzeum. Zanim wyszedłem, zrobiło się ciemno ;) Ruszyłem potem już do hotelu ale to już z Bismarckplatz komunikacją miejską, bo wcześniej wyczytałem, że „bilet dzienny” kupiony w sobotę jest ważny aż do rana w poniedziałek, a to się opłaca! (każdy bilet tam, skasowany dzień przed ustawowo wolnym od pracy dniem, ważny jest do 3:00 rano w pierwszy dzień roboczy). Strefy biletowe są tam trochę ciężkie do ogarnięcia… ale gdzieś widziałem wątek że Niemka napisała komuś: „nie przejmuj się, też tego nie rozumiem” :D ale trzeba wybrać cośtam +Heidelberg i to będzie ok bilet, tak też zrobiłem, kosztował 7,70€, to dość mało (chooociaż jakby się uprzeć, to Heidelberg można też tylko na nogach ogarnąć, no ale miałem ten ciężki plecak i kolejnego dnia też kilka celów). Potem już z hotelu miałem iść gdzieś na żarcie, tzn. do Pizza Hut Express albo McDonald’s (które były dość blisko, oba w tym samym kierunku) lub do Burger Kinga (który też był dość blisko, tylko w odwrotnym kierunku), aaale tak się długo wahałem, że mi się odechciało iść :D zjadłem w końcu tylko Schneeball – taki regionalny słodycz, który wcześniej sobie kupiłem. Spałem bardzo dobrze, bez przebudzeń w nocy, co rzadko mi się zdarza w hotelach ;) ale no rano miałem jakichś głośnych sąsiadów…

Niedziela 29.10 – rano (to znaczy po 10:00 ;) a może i około 12:00 już się zrobiło…) ruszyłem na dworzec, bo tam dzień wcześniej widziałem croissanty z nadzieniem pistacjowym i koniecznie chciałem spróbować… ale już ich nie było :( Kupiłem więc takiego z nadzieniem nutella oraz kanapkę (mini bagietkę) z jajkiem (bo spodziewałem się, że ten croissant mi jednak na śniadanie nie wystarczy ;) ). Ruszyłem tego dnia na drugą stronę rzeki, czyli na tzw. Ścieżkę Filozofów. Było mokro, a potem też padało choć miało nie padać :/ Ścieżka jak ścieżka, widok oczywiście bardzo ładny ale no przejść po ścieżce i co potem? Odkryłem że w górę po tej stronie rzeki też można wejść i znajdują się tam ruiny klasztoru. No to oczywiście wszedłem :D Jednak ponieważ hotel był tak tani (oraz lepiej pasował mi przejazd powrotny w poniedziałek), kupiłem dwa noclegi, więc tego dnia mogłem większość rzeczy zostawić w hotelu i nie miałem już ciężkiego plecaka ;) Wchodzenie było o wiele bardziej komfortowe lecz jak się dokładnie, naprawdę dokładnie nie patrzy w mapy Google, to się nadrabia drogi o wiele dalej niż to konieczne ;) ale w końcu dotarłem, fajne miejsce. Stamtąd jednakże też można było odjechać autobusem :D (jak widać w tym mieście wszędzie można się dostać autobusem, nawet w takie pozornie odległe i niedostępne miejsca ;) ), ale też nie chciałem, bo chciałem zejść do Ścieżki Filozofów, a stamtąd do rzeki „Ścieżką Węży” ;) Tak też zrobiłem. Wszystko to niby na spokojnie, jednak czasowo miałem już swoje plany ;) Mianowicie muzeum/miejsce pamięci Friedricha Eberta (które było do 18:00), oraz zakup jeszcze kilku Schneeballi (które były do 19:00). Wstęp do miejsc pamięci jest bezpłatny, tak więc też było tutaj, pan (na recepcji ?) był tak miły że opowiedział w jakiej kolejności zwiedzać, no i schroniłem się trochę przed deszczem ;) (który jednak wcześniej już mnie złapał na moście :/ ). Ciekawa wystawa i szkoda, że miałem na nią tylko 1,5 godziny ale większość udało mi się w spokoju zobaczyć/poczytać więc dużego niedosytu nie ma. Schneeballe kupione, więc wszystko zgodnie z planem :) Oczywiście po wyjściu z miejsca pamięci było już ciemno i tak wymyśliłem sobie, że to musi być piękny widok na miasto ze Ścieżki Filozofów… i wróciłem tam tą Ścieżką Węży :D Prawdopodobnie mądre to nie było, gdyż jest to dość wąska ulica, w ogóle nie oświetlona (jest ciemno, czarno, bo w większości idzie się między murami, bez latarki nie ma opcji przejścia, no ale przecież każdy ma latarkę w komórce ;) ), śliska kiedy jest mokro… ale wszedłem nią i nic się nie stało. Porobiłem kilka fotek, rzeczywiście ładnie w ciemności, a potem znów zszedłem nią do rzeki… bo mi się nie chciało iść dłuższą drogą Filozofów :D (która z resztą też nie była oświetlona). Oczywiście nikogo nie spotkałem, bo to chyba tylko ja mam takie pomysły :D No nic, przy rzece odjeżdżał autobus, stanąłem tylko strasznie dziwny to przystanek – budka, rozkład jazdy stały i rozkład jazdy wyświetlacz oddalone od siebie wzajemnie o kilkadziesiąt metrów i nie miałem pojęcia gdzie się ten autobus w sumie zatrzymuje… stanąłem gdzieś na środku :D ale chyba się domyślił, bo zatrzymał się i odjechałem do hotelu, a nawet trochę dalej, bo w końcu postanowiłem pójść do tego Pizza Hut Express, choć opinie miał na Google tragiczne ;) No ale w sumie który fast food ma dobre… ja kupiłem pizzę, zaniosłem do hotelu i zjadłem jeszcze ciepłą, wszystko było spoko i jak na kupną pizzę to nawet-nawet.

W poniedziałek 30.10 już mnie sąsiedzi nie budzili od 7:00 …za to obudziła sprzątaczka nieśmiało pukając przed 10:00! Zignorowałem ;) Na drugie pukanie około 10:20 otwarłem drzwi, a ona pyta czy „Late check-out”? Ja na to, że nie ale jest 10:00! No to: „Sorry, sorry” ale nie jestem wcale pewien czy załapała że mam prawo jeszcze tam być ;) (zwłaszcza, że ewidentnie niemiecki nie był jej pierwszym językiem…). Check-out był do 11:00, Late Check-out do 14:00, ale tak jakoś mi się wydaje, że w hotelach najczęściej liczy się na to, że ludzie się wyniosą najlepiej o 7:00 rano, a na tym Late to może o 11:00 :D A ja jednak wychodzę z założenia, że jeśli mam czas do 11:00, to mogę wyjść o 10:45 i tak też zrobiłem, i tak miałem znów sporo czasu do powrotnego Flixbusa. Ale tym razem ostatni croissant pistacjowy czekał na mnie na dworcu! :D Nawet smaczny, ale ten z nutella chyba był jednak lepszy, a tak ogólnie to te kremy miały raczej na wierzchu, w środku to już prawie nic ;) W Heidelbergu przystanek Flixbusa też jest na ulicy ale takiej spokojniejszej na pewno, no i mają elektroniczny wyświetlacz! Flixbus przyjechał planowo, nawet trochę wcześniej i tym razem kierowcy byli bardziej ogarnięci i komunikatywni ;) Podróż minęła spokojnie, najpierw wydawało się, że zajedziemy nawet wcześniej ale jednak nie, bo jakieś małe korki i był właściwie planowo. Autobus z dworca do domu też miałem od razu, co jest i plusem i minusem :D Plusem, bo nie musiałem czekać, minusem bo nie zdążyłem podejść na drugi przystanek skąd mógłbym odjechać za pół ceny, no ale jednak czekanie na kolejny nie byłoby warte tych 1,40€ :D

Podsumowując: podróż fajna, obawiałem się że późna jesień to już kiepskie będą widoki, a jednak nie, liście jeszcze prawie wszystkie na drzewach, ale już lekko innego koloru – super, może to nawet ładniej niż by było latem :) Nie było za zimno, deszcz też jeszcze w akceptowalnej ilości, wszystko było super i cieszę się, że jeszcze w tym roku udało się coś fajnego zwiedzić :)

Tu spisałem większość kosztów:
– hotel: 116€
– Flixbus (tam i z powrotem): 68€
– reszta kosztów (jedzenie, przekąski, wstępy itp.): ok 53€, powiedzmy jednak że w domu też mógłbym zjeść na mieście czy kupić sobie jakieś słodycze, więc powiedzmy, że policzę z 10€ mniej = 43€.
Łącznie około 230€ – to dużo i nie dużo… jak na dwa dni to sporo, więcej niż bym chciał na weekend wydać ;) ale jak pomyśleć, że to były aż dwa noclegi, to już się wydaje mało.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Trójmiasto (i inne…) – 18-24.07

Na mój drugi tegoroczny „duży” urlop (3 tygodnie!) w Polsce, zaplanowałem kilkudniowy pobyt nad polskim morzem, gdzie tak właściwie nigdy wcześniej nie byłem :) (bo nie liczmy tego razu kiedy miałem roczek ;) ). Tym razem wyjazd był z mamą, bo wiedziałem że też by bardzo chciała pojechać. Zaplanować chciałem tak, żeby najważniejsze miejsca w Trójmieście zwiedzić ale jednocześnie by mi to za dużo urlopu nie zajęło, bo chciałem też odpocząć potem w domu, a taka wycieczka zwiedzalnicza w moim wykonaniu, to niekoniecznie wypoczynek ;) A więc…

Dzień 1 – 18.07, wtorek – Sopot
Po raz pierwszy nocleg miałem z AirBnb, nigdy wcześniej nie korzystałem z tej platformy, ale ktoś mi podsunął taki, wyjątkowo tani nocleg, z parkingiem (150zł za noc za 2 osoby, + 130zł opłaty AirBnb, razem 880zł za 5 nocy), nic lepszego nie znalazłem, więc na niego się zdecydowałem. Nocleg był w prywatnym domu (w kamienicy), więc reszta domu współdzielona z mieszkańcami, ale miał bardzo dobre opinie, no i było tanio, a jeśli nie jestem na wycieczce sam, to mi w sumie aż tak nie przeszkadza np. wspólna łazienka… (w praktyce prawie się nie spotykaliśmy z mieszkańcami, tak jakoś wychodziło).
Do Sopotu z domu w PL mam nieco ponad 400km, to na tyle mało żeby nie być bardzo zmęczonym podróżą ;) „Zameldować” można się było wg. info od 17:00, ale zapytałem czy ewentualnie mógłbym zaparkować wcześniej i nie było problemu (zaparkować i skorzystać z toalety można), a nawet dostaliśmy już klucze i w sumie można się było wypakować, babka powiedziała że jak ma wcześniej wolny pokój i zdąży posprzątać, to udostępnia wcześniej więc fajnie :) Tylko parking… znaczy był i wszystko ok, ale trochę wąsko, trochę musiałem pomanewrować ;) W sumie jednak czasowo i ogólnie poszło wszystko sprawnie i już po 15:00 byliśmy na spacerze w Sopocie. Nocleg znajdował się dodatkowo w bardzo korzystnym miejscu, zaraz obok dworca głównego, 10-15 minut od mola – tam też poszliśmy pierwszego popołudnia. Molo (wstęp 10zł od osoby), latarnia (też 10zł) i ogólnie trochę po deptaku. Kolacja w KFC, a wcześniej nad morzem frytki ;) Pogoda była i wszystko ok :)

Dzień 2 – 19.07, środa – Gdańsk
Na ten dzień zaplanowałem muzeum IIWŚ w Gdańsku, a potem zwiedzanie śródmieścia, a więc z samego rana poszliśmy na PKP i pojechaliśmy do Gdańska szybką koleją miejską. Komunikacja w Trójmieście niestety nie jest tak prosta jak w wielu innych miastach (np. na śląsku), więc bilet całodzienny czy kilkudniowy się nie opłacał i bazowaliśmy na jednorazowych. Do muzeum chciałem dostać się jak najwcześniej, byliśmy więc pod nim przed 11:00. Na zewnątrz była wystawa na temat IWŚ i czasu po niej, jakże więc można byłoby nie zacząć od niej? ;) Zaczęliśmy więc od niej i nagle się okazało, że już prawie 12:00 a kolejka pod muzeum sięga aż za schody… Jak to zobaczyłem to mnie zatkało ;) nie wiadomo było ile trzeba będzie tam stać, jak wejdę za późno, to będę rozczarowany że nie zdążę… szybka decyzja: przenosimy wizytę w muzeum na sobotę. Tego dnia zwiedzaliśmy więc tylko miasto, włącznie z wejściem na wieżę Bazyliki Mariackiej (wstęp normalny: 16zł, ulgowy: 8zł), Górą Gradową, a nawet zjadłem gofra w Dickery :D (wziąłem hero z nadzieniem pistacjowym /bo kokosowego już nie było/ i białą czekoladą), no bajer jest ;) ale szczerze… jak można się domyślić, normalne gofry są smaczniejsze i tańsze :P Ale raz każdy może spróbować ;) a pewnie nawet nie raz, wiadomo że tego się nie kupuje dla smaku ;) Obiad w Pizza Hut (ale to było planowane, chciałem koniecznie spróbować, bo wieki nie jadłem). Zwiedzanie zajęło cały dzień i wróciliśmy dość późno.

Dzień 3 – 20.07, czwartek – Gdynia
Do Gdyni pojechaliśmy autobusem, gdyż tak nam poradziła gospodyni, u której mieszkaliśmy. Autobus odjeżdżał prawie spod kamienicy – mama sobie na przystanku przypomniała, że nie wzięła wody, w 3 minuty zdążyłem po nią wrócić, na tyle blisko to było ;) Wysiedliśmy na Orłowie żeby zobaczyć plażę i orłowski klif… po krótkim spacerze po bulwarze i molo, ruszyliśmy na punkt widokowy na klifie i potem wzdłuż plaży aż do śródmieścia – bardzo fajny spacer! Gdynia sama w sobie nie robi aż takiego wrażenia, ale nad morzem było bardzo przyjemnie. Jedno tylko mnie wkurza, nigdzie w restauracji nie znalazłem mintaja, same jakieś bardziej udziwnione ryby, a moim zdaniem mintaj, to najsmaczniejsza ryba, mimo że najtańsza, pewnie jednak zbyt pospolita na nadmorskie restauracje… szkoda. W jednej znalazłem niby w internetowym menu, że jest, a w rzeczywistości nie było, w końcu jednak mama też tam nic nie zjadła, bo tak długo czekaliśmy na jej zamówienie, że w końcu wyszliśmy. W rezultacie obiad znowu był w KFC :D (w galerii Riviera). Potem pozostało tylko ogarnąć, skąd odjeżdżają autobusy do Sopotu a nie było to dla mnie łatwe… nie mogłem po Google Maps znaleźć skąd odjeżdża ta S, którą przyjechaliśmy… postanowiłem więc że trudno już, pojedziemy czymkolwiek, co jedzie do Sopoku i będzie najbliżej… ale jakoś udało się trafić, przypadkiem, dokładnie w okolicę, skąd Ska odjeżdża i wrócić tym samym autobusem pod samo mieszkanie! :) Wróciliśmy późno, ale nie aż tak jak w środę, na szczęście, bo mnie jeszcze czekało planowanie piątku…

Dzień 4 – 21.07, piątek – Gdańsk (Westerplatte), Sopot
Na dziś miałem głównie zaplanowane Westerplatte. Problem polega na tym, że tam się dostać komunikacją z Sopotu, to dość długa wyprawa, z przesiadką w Gdańsku, objazdem kawał drogi autobusem… – wizja średnia. Bardziej racjonalnie przedstawiała się podróż samochodem, problem w tym, że nie lubię jeździć samochodem po obcych miastach (a jeszcze się o słynnych trójmiejskich korkach nasłuchałem…), no i parking – niby są darmowe na Westerplatte… ale są też płatne (a wtedy to komunikacja może nawet wyjść taniej i chyba jednak mniej stresu). Dodatkowo niektórzy straszyli, że o 10:00 to już nie ma miejsca nawet na płatnych parkingach, a jeszcze teraz jakieś remonty i część parkingów zastawiona. No i tak siedzę i myślę, myślę i siedzę… rozsądek podpowiada, że jednak samochód, wrodzona niechęć, że lepiej komunikacja. W końcu jednak stwierdziłem, że twardym trza być, nie miętkim, pojedziemy samochodem tylko tak, żeby o 9:00 to już być na miejscu. Tak też zrobiliśmy… i prawie wjechałem już na ten płatny po parking po prawej, ale w połowie wjazdu jednak się wycofałem, kawałek dalej po lewej był darmowy, w większości jednak wolny :P Także to była dobra decyzja, o 9:30 też jeszcze było pod dostatkiem wolnych miejsc :) Ruszyliśmy zwiedzać i natrafiliśmy gdzieś tam na ogłoszenie o zwiedzaniu z przewodnikiem. No lubię z przewodnikiem, czasowo też spoko, bo się zwiedzanie miało o 11:00 rozpocząć, ale nie byłem pewien czy na pewno, ale tak na pewno znajdę to miejsce zbiórki, więc trochę zwlekałem… kiedy już jednak znalazłem, kupiłem bilety przez smartfona (normalny 30zł, ulgowy 20zł). Wszystko się udało, zwiedziliśmy z przewodnikiem… a potem jeszcze raz sami się przeszliśmy pod pomnik i z powrotem ;) (przewodnik był w porządku, bardzo rozgadany i bardzo lubiący mówić o sobie ale ok ;) ).
Po powrocie (oczywiście w korkach… w sumie jednak droga autem nie była taka zła) do Sopotu, poszliśmy jeszcze się przejść do Opery Leśnej i jeszcze raz na deptak, gdzie zjedliśmy kolację w restauracji )(po „Kuchennych rewolucjach”) „Śliwka w kompot” (kolejka była… no była spora, ale udało się nam przeskoczyć kilka osób, bo było nas tylko dwoje i zgodziliśmy się zjeść na zewnątrz, a pogoda zaczęła się psuć i inni nie chcieli). Ja oczywiście wziąłem pizzę z powidłami śliwkowymi :D (tylko bez salami), a mama jakąśtam rybę. Jedzonko było dobre i wszystko ok, ale… podjąłem decyzję, że kończę z restauracjami :) Tzn. nie pasuje mi ta kultura napiwków, a także to całe zamawianie, czekanie na żarcie, jedzenie, czekanie na kelnera, czekanie na rachunek… no ciągle jakieś czekanie. O wiele bardziej wolę po prostu podejść do baru, zamówić co chcę, zapłacić, a potem jeść i na nic już więcej nie czekać. Także tak, podjąłem taką decyzją i bardzo mi z nią dobrze – będę jeść tylko tam, gdzie się najpierw płaci i to tyle, ile jedzenie kosztuje, a nie 10% więcej ;) To mi też ułatwi wybieranie miejsca, gdzie zjem w podróżach – zawęzi trochę opcje i tak za dużego zwykle wyboru ;) Nie mówię, że nigdy się nie nagnę, ale myślę też, że to fajnie wybrać jakiś model działania i się na nim skupić :)

Dzień 5 – 22.07, sobota – Gdańsk
Tym razem już zgodnie z planem, na 10:00 byliśmy pod muzeum i chwilę potem weszliśmy (bilet normalny: 25zł, ulgowy: 18zł). Cóż mogę rzec… bardzo fajnie zorganizowane muzeum, w którym spędziłem 8 godzin (nie żartuję :D mama zwiedzała 7 i już miała dość, toteż posiedziała tam sobie na ławeczce czekając na mnie), tylko żebym naprawdę był usatysfakcjonowany i przeczytał wszystko, co naprawdę chciałbym tam przeczytać, to musiałbym tam spędzić ze trzy razy tyle :D A tak to po prostu mogę powiedzieć, że wykorzystałem czas najlepiej jak mogłem… ale chętnie poczytałbym więcej ;)
Potem, a było już po 17:00, ruszyliśmy na Jarmark Dominikański, który był głównym powodem tego, że w ogóle zaplanowałem w ten sposób (tzn. do weekendu włącznie z sobotą) pobyt w Trójmieście, w przeciwnym razie wybrałbym poniedziałek-piątek, ale jarmark zaczynał się w sobotę, a być tam i odjechać dzień wcześniej, to byłoby dosyć głupie ;) Tak więc zaliczyliśmy też Jarmark, gdzie zjedliśmy po trdelniku (mój ulubiony jarmarkowy słodycz) oraz kupiłem sobie bombkę – samochodzik ;) Kolacja już tradycyjnie – KFC (jakoś nam najbardziej przypadł do gustu ze względu na małe, tanie, a dla nas wystarczające, zestawy). Powrót znów późno… a ja już co raz poważniej myślałem, że jak nazajutrz rano odjedziemy, to będę miał niedosyt… jest jeszcze trochę miejsc w okolicy do zwiedzenia, jeśli nie teraz, to kiedy… Mama nie miała nic przeciwko temu, więc postanowiliśmy, jeśli znajdę nocleg w sensownej cenie na kolejną noc (tam gdzie byliśmy, nie mogliśmy zostać, bo już miała następnych gości), to zostajemy!

Dzień 6 – 23.07, niedziela – Gdynia, Hel
Rano spakowaliśmy się i odjechaliśmy do Gdyni. Nocleg na kolejną noc znalazłem w hostelu Vincent, na Grabówku. Wcześniej rozważałem jeszcze dwa inne, z czego jeden choć był dalej, to w okolicy dworca Gdynia Chylonia, co oszczędziłoby nam kilometrów na nogach, ale opinia, że pokoju nie da się zamknąć, zniechęciła mnie zupełnie. Przyjechaliśmy więc na Grabówek, hostel twierdził że miejsc parkingowych przy ulicach jest pod dostatkiem i chyba mieli rację bo czy to rano, czy później wieczorem, widziałem sporo miejsc. W każdym razie zaparkowałem i po prostu poszliśmy na Dworzec Główny, skąd pociągiem pojechaliśmy na Hel :) (szkoda być w Trójmieście i Helu nie widzieć ;) ). Podróż trwała dwie godziny, ale była ciekawa (bilety: 1 normalny i 1 ulgowy kosztowały razem niecałe 34zł). Sam Hel też warto choć raz zobaczyć, choć było tego dnia już raczej deszczowo i błotniście. Wracaliśmy statkiem, bo co tam, raz ten rejs można ;) (75zł za osobę…). No niby można, tylko że szczerze mówiąc, to podróż pociągiem była o wiele tańsza i o wiele ciekawsza :D serio, no bo jak płyniesz to masz wokół wodę i tyle, a pociągiem to choć mija się miasta i miasteczka, raz woda, raz ląd, naprawdę ciekawiej). Ale dobre mieli drożdżówki na Helu ;)
Wróciliśmy pod samochód i udaliśmy się do hostelu (podjechałem nawet troszkę bliżej). Najbardziej się niepokoiłem czy ogarnę bramkę, klucze itp., bo te kody i kolejność wejścia podane sms-em brzmiały mi dość skomplikowanie, ale czytając dokładnie instrukcję poszło bez większych problemów. Również i ten hostel miał mieszane opinie, ale moim zdaniem był zupełnie w porządku. Było czysto, współmieszkańców (były tam 3 pokoje) nie spotkałem ani razu, a że niektóre powierzchnie (np. drzwi) były już dość mocno zużyte, to cóż… za tą cenę i tak w porządku. Tylko internet trochę się krzaczył (niby się połączyłem a brak internetu – załapał dopiero po czasie, nie tylko na laptopie ale też na smartfonie, więc to na pewno nie wina moich sprzętów), ale dobrze, tragedii nie było, na tą jedną noc internet i tak koniecznie nie był mi potrzebny.

Dzień 7 – 24.07, poniedziałek – Stutthof, Malbork
Poniedziałek był już dniem powrotu aaaale to oczywiście nie znaczy, że się wsiada w samochód i jedzie do domu, o nie! Tak to mógłbym i bez noclegu ;) W poniedziałek stwierdziłem, że jedziemy zwiedzić Stutthof. No bo jakżeby to tak mogło być, żebym był gdzieś, gdzie w okolicy był jakiś obóz koncentracyjny i go nie zwiedzić? Tak by nie mogło być, tego postępowania żałowałbym już zawsze ;) Więc pojechaliśmy. Tam remontowana droga i trochę się najeździłem w tę i we w tę ale wszystko się udało. Byliśmy tam około 10:30, odjechaliśmy po 14:30… Wszystko fajnie, jedno tylko jest dla mnie niezrozumiałe i nie do zaakceptowania, a jest to opłata za parking. Ludzie piszą: „Parking ok, kosztuje 15zł”… gdyby kosztował te 15zł, to by było wszystko w porządku ale on nie kosztuje 15zł. 15zł to kosztują pierwsze trzy godziny, a co to są 3 godziny w takim muzeum?! Chyba wejść i wyjść, bo mimo że szybko czytam, wizyta zajęła mi 4 godziny i to tylko dlatego, że robiłem zdjęcia tego, co zamierzałem przeczytać jeszcze w domu. Tak żebym był usatysfakcjonowany tym co udało mi się przeczytać na miejscu, potrzebowałbym tam minimum 6 godzin, a wtedy to się już robi drogo jak za parking. Także to powinno być lepiej zorganizowane (np. max 20zł za dzień albo coś takiego).
W każdym razie wyszliśmy stamtąd i myślę sobie, że jeszcze wcześnie, Malbork niedaleko… wcześniej już nieśmiało myślałem, że może uda się zaliczyć Malbork na tej wycieczce… W międzyczasie pomyślałem też o Krynicy Morskiej, to też blisko aaalee… Malbork chyba ciekawszy, Krynica pewnie trochę jak Hel, to już widziałem ;) więc decyzja: Malbork po drodze! Oczywiście wcześniej też już obadałem parkingi, tam są mianowicie takie bardzo drogie, takie (miejskie) przyzwoite, oraz takie całkiem darmowe, udało się znaleźć miejsce na tym trzecim :P Dodatkowo w poniedziałki wstęp na zamek jest bezpłatny… no prawie ;) Trzeba zapłacić za przewodnika lub audioprzewodnik – w obu przypadkach 10zł od osoby i nie ma wejścia do samego zamku. Znów wybraliśmy przewodnika, bo audioprzewodnik to dla mnie trochę jak poczytać książkę… a poczytać to ja sobie mogę w domu ;) Podsłuchując jednak innych, jakiś pan obawiał się, że z przewodnikiem wizyta potrwa godzinę czy półtorej a jakby poszli z audio, mogliby zostać dłużej, ale obawa okazała się niepotrzebne – pan przewodnik też nas zostawił na dziedzińcu i można było dalej samemu chodzić ile się chciało :) My spędziliśmy tam czas od 16:00 do po 19:00. A potem powrót do domu, około 5 godzin z półgodzinnym postojem na kolację.

Wszystko fajnie wyszło, również i z tego urlopu jestem zadowolony :)

Gdybym chciał podsumować koszty… to byłoby to trudne, bo wydatkami na wyjeździe się dzieliliśmy. Ja zapłaciłem za noclegi=1040zł (dla dwóch osób, 6 nocy), paliwo… (około 1000km, to też powiedzmy z 400zł co najmniej), niektóre wstępy i niektóre posiłki… Myślę, że mogłem się w 2 tyś zł zamknąć. To połowa mojej podróży do Anglii, także ten – Polska nie jest aż tak droga ;)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Anglia – Salisbury, Avebury… (28.05-4.06)

No więc już tak z rok temu zaplanowałem sobie podróż do Anglii, żeby zobaczyć Stonehenge (i ten drugi krąg w Avebury, ten prawie nie znany, a podobno nawet ciekawszy i darmowy). Stonehenge (tak, wiem że jest przereklamowane i nie warto, ale i tak chciałem ;) ) to mogłaby w zasadzie być jednodniowa wycieczka z Londynu, ale nie chciałem tak. Powoli czuję się przytłoczony intensywnymi urlopami, na których zaliczam największe miasta Europy biegając od jednego zabytku do drugiego, cały dzień, bo jak się duże zabytki kończą to zaczynam wynajdować mniejsze ;) i tym razem chciałem spędzić kilka dni spokojnie, na angielskiej wsi ;) (bo widziałem, że okolica też jest ładna). No Salisbury to nie wieś tylko miasteczko z 45 tysiącami mieszkańców ale uznałem, że dostatecznie małe ;)

Problem ze mną jest tylko taki, że późno się biorę za szukanie noclegu (chociaż przejazdy pod koniec też drożeją…), a karty kredytowej też nadal nie mam… (i już chyba nie będę mieć, bo do jednego konta dostałem kilka dni przed wyjazdem VISĘ której można używać jak kredytowej)… W każdym razie jak zacząłem szukać hotelu, to jednego dnia coś było, kolejnego już nie… potem się pojawiły nawet apartamenty na wyłączność (coś jak mieszkania) ale nim się namyśliłem, to też zdrożały… Inny hotel niby ok ale paskudny wystrój… W końcu znalazłem, ale nie pamiętam już jak, hotelik kawałek od centrum, za to najtańszy i ładne pokoje! I po raz kolejny powiem Wam: jak rezerwować hotel, to nie przez bookingi czy inne kayaki, tylko wyszukać bezpośrednio stronę hotelu – zwykle jest najtaniej, czasami różnica jest znaczna. Ale nawet tu był problem – chciałem od niedzieli ale już nie było miejsc… na początku jeszcze myślałem o pierwszej nocy w Londynie, bo też był niedrogi hotel (na tą jedną noc) bardzo blisko, ale na drugi dzień, jak się już zdecydowałem, to podrożał o 30€, więc niech się wypchają :P tylko że za to musiałem kombinować z Flixbusem, bo idealny był z soboty na niedzielę (Eurotunel zamiast promu), ale cóż… Musiałem jednak wybrać niedzielę-poniedziałek i przejazd przez prom (ale powrotny przez Eurotunel! :P Na promie byłem już jadąc pierwszy raz do Anglii w 2015, więc wolałbym teraz coś innego /zwłaszcza, że schizę miałem, że się zgubię i nie znajdę mojego autobusu :D /).
To wszystko razem zgrać za sensowną cenę nie było łatwo… (a jeszcze powodem dla którego w ogóle tak długo zwlekałem z wyborem noclegu od niedzieli było to że akurat tej niedzieli nie było żadnego bezpośredniego pociągu z Londynu do Salisbury, a tu ogarniać nie tylko pociąg w obcym kraju ale jeszcze dwie przesiadki, to już nie miałem ochoty ;) ), a jeszcze jakby tego było mało, okazało się potem, że mi dwa razy za hotel pobrało (oczywiście potem zostało to naprawione).

Relację pisałem w sumie na bieżąco (tym razem się udało! ;) ), więc tak też wklejam (z drobnymi poprawkami):

No dopsz… ale nastała niedziela 28.05, godzina przed 15:00, ruszyłem na dworzec na pierwszego Flixbusa. Przyjechał planowo albo 10 minut później, nie pamiętam, poszło w każdym razie szybko i sprawnie, kierowcy polscy ;) Do Amsterdamu dojechaliśmy planowo… za to ten relacji Amsterdam-Londyn spóźnił się o godzinę (co też potem ładnie nadrobił, a potem prom i… ale o tym zaraz). W ogóle tam była pierwsza schiza ;) bo nie byłem pewien czy one tylko w jednym miejscu tego niby „dworca” stają czy nie… No bo oczywiście nigdy nic nie może być za proste, nie? :/ zawsze muszą być jakieś takie dziwne niespodzianki… No nic, przyjechał w końcu, sprawdzanie paszportów (słusznie w sumie, na trasach gdzie potrzebny jest paszport, to i dobrze, że już kierowcy sprawdzają czy mamy), kierowcy też polscy ;) Podróż szła bardzo sprawnie do samego Calais, tam już na początku postaliśmy trochę, potem kierowcy zebrali paszporty do kontroli i myślę sobie: wow, ale szybko to poszło, toć to szybciej niż kiedy jeszcze Wielka Brytania była w Unii, bo wtedy musieliśmy wyjść i pokazać się z dowodem… jakże się bardzo pomyliłem ;) Ale najpierw postaliśmy jeszcze trochę. A potem kierowcy ogłosili, że musimy wysiąść ze WSZYSTKIMI bagażami (też tymi z bagażowni) i przejść przez kontrolę graniczną. Najpierw francuska, to tylko zerknęli w paszport, potem bramki jak na lotnisku! A potem angielski urzędnik wypytał mnie skąd i dokąd jadę, po co i na jak długo i co robię zawodowo… eee, serio? Serio mu się wydawało, że mogę chcieć tam zostać zamiast wracać do Niemiec? Cóż tam jest takiego, żeby było bardziej warto? XD Zabawne. A potem wróciliśmy do autobusu i staliśmy, i staliśmy, i staliśmy… i staliśmy… potem podjechał na miejsce i jeszcze trochę staliśmy… bez kitu ale łącznie tego stania było na pewno 4,5h, a może nawet 5,5… Co za masakra. A potem prom i uważnie obserwowałem gdzie stoi autobus (pokład, kolor wejścia itp. :P), więc logistykę promu udało mi się tym razem nawet sprawnie ogarnąć ;) tylko że z jakiegoś powodu jak zaczęło huśtać, to aż mi się choroba lokomocyjna przypomniała :/ Wyszedłem na górny pokład, bo tam wiało, więc było trochę lepiej. Wiadomo – dzieciaki i inni też wyszli, porobili sobie zdjęcia, odpłynęliśmy od brzegu to i nie było już tak ciekawie, to poschodzili… Ja też w końcu, bo ile można stać… Przy stoliku jednak też nie mogłem wysiedzieć, mdłości, głowa boli (żałowałem, że nie wyjąłem sobie tabletek jak nam kazali z bagażem przejść), więc postanowiłem upolować jakieś miejsce na kanapie myśląc, że może jak się położę i zamknę oczy to będzie lepiej. Nie było łatwo już o tej porze o miejsce na kanapach ale jedno udało mi się znaleźć i faktycznie na leżąco jest o wiele lepiej ;) A potem dostrzegłem, że tu i ówdzie wiszą torebki – bo pewnie niektórzy mają jeszcze gorsze mdłości :P Jak już w końcu dopłynęliśmy… to w sumie było mi niedobrze do końca podróży ;) Zamiast na 7:50, zajechaliśmy do Londynu na 10:50… no ale nie miałem powodu być w Salisbury zbyt wcześnie, więc pomyślałem że świetna okazja – pójdę sobie (zwłaszcza że z Victoria Coach Station gdzie przyjeżdżają Flixbusy do Waterloo Station, skąd odjeżdżają pociągi do Salisbury to prawie po drodze) obejrzeć zmianę warty pod pałacem Buckingham, bo akurat jest codziennie o 11:30, a tego poprzednio nie widziałem… No i teraz też ledwo co, bo ludzia oczywiście taka masa, że ciężko było widzieć cokolwiek :D No nic, ruszyłem dalej, jeszcze Westminster po drodze… A potem na poszukiwanie bankomatu. To niby nie problem, bo są ale ta dziwna tendencja bankomatu jako okienka na ścianie przy bardzo ruchliwej ulicy i często wysoko – słabo :/ w końcu znalazłem jakiś troszkę z boku… i prawie zapomniałem pinu (bo tej karty akurat ostatnio nie używałem…). Wypłaciłem po długim namyśle 250 funtów, bo coś tak czuję że 200, to może być za mało… :/ a jeśli nie, to cóż, to też pieniądz, można zatrzymać. Potem szybkie zakupy czegoś na ząb, po drodze jeszcze woda z automatu za darmo (i jaka dobra!) i w końcu bilet na pociąg. Automat pokazywał taką mnogość opcji, że w końcu kupiłem w okienku (co to ma być Off-Peak? czy Super Off-Peak? w sumie pan wcale nie pytał tylko taki mi sprzedał i dopiero potem sam doczytałem o co w tym chodzi). Kupiłem w jedną stronę z góry zakładając że tam i z powrotem to pewnie na jeden dzień… mogłem zapytać ale mi to nie od razu przyszło do głowy :/ Potem się okazało, że mogłem tam-i-z-powrotem kupić, wychodzi prawie 20£ taniej… i tak stoję i myślę, gadać mi się nie chce, no ale 20£ to niemało, a na bilecie pisze, że można zwrócić… poszedłem do Informacji (a raczej informacja sama do mnie podeszła, trzeba przed nimi uciekać, bo są aż za bardzo pomocni :D ), powiedziano mi że przy kasie i mogłem! tzn. dopłaciłem tylko 11,50£ i mam bilet w obie strony, no to jestem z siebie dumny! :D
Podróż Londyn -> Salisbury trwa około 1,5h, na miejscu za dużo nie spacerowałem, bo już i tak prawie 17:00 była, a do hotelu kawałek… Kawałek ale tragedii nie ma, w pobliżu Lidl (był jeszcze otwarty, kupiłem kilka rzeczy i Boże, jakie pyszne „Butter scones” – muszę se na zapas kupić przed wyjazdem :P ), Tesco (ale już zamknięte, tu też mają dziś święto?), a McDonald’s jest zaraz na wprost :D (ale to nie dzisiaj). Noo a pokój bardzo ładny, taki w nowoczesnym stylu, jak lubię ;) Na koniec jeszcze zadzwoniłem do banku wyjaśnić to podwójne zniknięcie pieniędzy ale pan poradził kontakt z hotelem… no jako że już tu jestem… uznałem że na dziś dość gadania w językach obcych i wręczyłem pani na recepcji karteczkę z elegancko opisanym z pomocą translatora problemem XD akurat obok był kolega pani i stwierdziła, że świetnie się składa, bo on się lepiej zna, a on mi powiedział, że powinni pieniądze odesłać, a jeśli nie, to mam dzwonić (dostałem numer i tam jeszcze jakiś adres), ok, poczekamy…
Tyle na dziś, bo muszę jeszcze zaplanować nadchodzące dni ;)

30.05 (wtorek) – dzień 3 – Salisbury
Właściwie to na dziś planowałem Stonehenge ale wczoraj za długo się zasiedziałem żeby wcześnie wstawać, więc stwierdziłem, że przełożę, a dziś zwiedzę sobie miasto… może to i lepiej nie zaliczać „głównej” atrakcji od razu, tylko mieć na co czekać ;) A ja mam przecież urlop, coś odpocząć też by wypadało, zwłaszcza, że taki też był przecież mój plan że urlop będzie spokojny, a ja poprzedniej nocy spałem tylko w drodze, więc trzeba odespać… no nie żebym się aż tak wyspał, bo 8 godzin snu i tak nie miałem :D ale przynajmniej około 7… bo mianowicie kupiłem sobie Tower-tour po wieży katedry, a to było z rezerwacją godzinową (wybrałem 13:15, wstałem o 11:30, poszedłem spać po 4:00…). Sama decyzja czy w ogóle zwiedzać tą wieżę katedry też mi trochę zajęła… [Z tego, co wyczytałem, rezerwacja i opłata online. Jest to o tyle problematyczne, że zaś przewalutowanie, a ja przecież funty miałem wypłacone i wolałbym z tego zapłacić. Jednocześnie nie mogłem sobie pozwolić na ryzyko nie kupowania online, bo gdyby nie dało się na miejscu, przepadłby mi dzień i przepadła możliwość zwiedzenia katedry… I tak siedzę, i myślę, szkoda kasy przepłacać, ale z drugiej strony… gdybym był bardzo bogaty, co bym zrobił? Naprawdę żałowałbym kilku Euro „straty” na przewalutowaniu? no raaaczej nie :D Gdybym był naprawdę bogaty, kupiłbym ten bilet online i się nie przejmował. Ale przecież… przecież jestem. Wtedy mnie właśnie olśniło – że co właściwie różni mnie od ludzi bogatych? Właściwie nic. Jeżdżę na wycieczki, na jakie chcę pojechać, przeżywam więc wszystko, to co oni i czy jest jakaś wycieczka na którą teraz nie mógłbym sobie pozwolić? Raczej nie ma. Oczywiście, że są takie, które by mnie całe oszczędności kosztowały, ale teoretycznie – na nie też mogę sobie pozwolić :) A pod koniec życia jakie to będzie miało znaczeni jakie cyferki kto z nas miał na koncie? Nie będzie miało żadnego. Już bardziej kto co przeżył – a ja przecież przeżywam to co oni! Mogę to co oni i przezywam to co oni, co więc mnie różni od nich? Nic. Jestem bogaty. Taki to był proces decyzyjny, a wnioski ważne nie tylko na podróż ale i na całą resztę życia :) Bilet oczywiście kupiłem. No i jak mówię – zasiedziałem się ;) ale za to przed środą już nie będę musiał, bo też mam ją zaplanowaną.
A więc rano, o 12:00 ;) ruszyłem ze „śniadaniem” zapakowanym na drogę pod katedrę. Robi wrażenie wielkością (najwyższa w Anglii), na oprowadzanie musieliśmy jednak poczekać prawie godzinę, bo przewodniczka nie dojechała, nie wiem co tam się stało ale nas bardzo przepraszali i zorganizowali oczywiście kogoś innego. Dostaliśmy piny z napisem „I’ve been behind the scenes at Salisbury Cathedral” ;) a z góry był ładny widok. Zanim zszedłem i wyszedłem (w katedrze można zobaczyć dobrze zachowany jeden z pierwszych dokumentów „Magna Carta” z 1215), zrobiła się prawie 16:00, w potem jeszcze usiadłem na łące pod katedrą, zjadłem „śniadanie”, nawet poleżałem, bo było bardzo przyjemnie :P i ruszyłem na miasto. Dalej zwiedzanie miasta, zakupy w supermarkecie i powrót do hotelu okrężną drogą, okolica ładna i bardziej zaciszna, ale najmilej to mi było leżeć na tej łące pod katedrą, więc już wiem chyba gdzie spędzę piątek :D Trochę po 21:00 wróciłem. W sumie dobrze, że mam pół walizki pustej, bo już poczyniłem spore zakupy spożywcze XD a to jeszcze nie koniec :D I co do zakupów to powiem tak… są rzeczy drogie – np. cola, nawet marki własne sklepu, ale są rzeczy tanie: ciastka za 30 pensów! albo 5 donutów, i to nie takich najbardziej mikroskopijnych, za 1 funta! No to w Niemczech tak tanio nie ma… Po prysznicu wyskoczyłem jeszcze do tego McDonald’sa po drugiej stronie parkingu i tu też – za zestaw zmodyfikowany (zamiast standardowego napoju wziąłem truskawkową Frappe – takich rzeczy też w Niemczech nie ma, a lubię próbować regionalności w fastfoodach, z resztą w zestawie wziąłem wegetariańskiego wrapa – tego też u mnie nie ma, ale to akurat było takie sobie ;) ) zapłaciłem niecałe 7 funtów, przy czym mają fajną opcję doliczenia datku charytatywnego – można do dziesiątek pensów albo całych funtów zaokrąglić, u mnie to było 41 pensów, więc tak zrobiłem i 7f zapłaciłem :) Tylko że… automat do zamawiania piękny i nawet był tam polski :D w sumie to z języków był tylko angielski, polski i jakiś jeszcze dziwny, a może trzeba było rozwinąć by wybrać więcej języków, ale płatność prawie tylko kartą… wprawdzie jak już przerwałem proces, to łaskawie pokazała się możliwość zapłaty przy kasie, ale paragonu to mi nie wydrukowało… na szczęście zdołałem zapamiętać numer i nie musiałem ponownie zamawiać. Tylko pan od razu domyślnie mi terminal kart włącza, ja nie wiem, przecież jakbym chciał płacić kartą, to zrobiłbym to w automacie ;)
A teraz siedzę, piję piwo, no bo oczywiście kupiłem dwa do spróbowania, a kupiłbym i więcej, ale i tak mnie już kark od plecaka boli, jeszcze wyskoczę po zakupy któregoś dnia, na szczęście Tesco jest blisko i do północy czynne i następne w kolejności ;) dzisiaj w Sainsbury’s byłem ;) a piwo powiem Wam, że niezłe, ale na jutro chyba mam jeszcze lepsze :D

Dzień 4 – 31.05, środa – Stonehenge
Dzień wcześniej w jednym sklepiku jubilerskim zerknąłem na minerały i rzucił mi się w oczy mały aniołek z lepidolitu. Można powiedzieć, że mnie przyciągnął ;) i można wierzyć w moc kamieni albo nie, ale tak czy inaczej są po prostu ładne i od dziecka mnie do nich ciągnęło, trochę ich mam, nie dużo (bo to jednak też przedmioty), ale taką małą miseczkę… I tak się składa, że naprawdę zawsze rzuca mi się w oczy akurat ten, którego właściwości właśnie mogłyby mi się w życiu przydać ;) W każdym razie wczoraj aniołka nie kupiłem, bo zwykle kupuję takie rzeczy na koniec, bo może się jeszcze rozmyślę… ale dziś pomyślałem, że byłoby fajnie jakby jednak pojechał ze mną w takie miejsce mocy ;) Więc rano szybko wymierzyłem, że skoro o 9:30 otwierają, to zdążę go kupić i na autobus – tak też zrobiłem. Kosztował 9 funtów, ale to miła pamiątka (i zmieści się w miseczce ;) ).
Na 10:00 poszedłem na autobus prawie pod dworzec… Jeżdżą specjalne, zielone, „The Stonehenge Tour”, można kupić bilet albo tylko na przejazd (co byłoby bez sensu ;) ), albo na przejazd i wstęp (do Stonehange i jeszcze Old Sarum w drodze powrotnej), albo na to wszystko + jeszcze katedra, no ale byłem w niej wczoraj, więc wybrałem bilet środkowy – 39 funtów. Słuchawki gratis, po drodze się słucha audioprzewodnika (każdy fotel ma taki panelik i jeszcze usb, więc można coś cobie naładować). Zaleta tego przejazdu jest też taka, że omija się kolejkę do kas na miejscu, a ta była spora, bo większość chyba przyjeżdża samochodami (jest wielki parking i był bardzo pełny…). Na wejściu jest takie powiedzmy mini-muzeum i rekonstrukcja wioski, potem można autobusem kolejnym dojechać do kamieni lub dojść na pieszo, wybrałem spacer. Aha, wcześniej ściągnąłem na komórkę audioprzewodnik – tu już można wybrać różne języki, polski też jest. Ale bardzo krótkie te stacje, pewnie tak ma być ale ja tam bym mógł dłuższych posłuchać… No i cóż… tak, krąg można zobaczyć też za darmo zza płotu, który w sumie w jednym miejscu styka się ze ścieżką dla płatnych ;) ale ścieżka prowadzi potem dużo bliżej kamieni, no i na pobliskiej łące można posiedzieć/poleżeć. Krąg jest ogrodzony i nie można wejść do niego, co jest motywowane tym, że odwiedza go 1.3 miliona ludzi rocznie, zadeptaliby gdyby wszyscy mogli wejść ;) no i zamiast trawy byłoby błoto… no i byłoby ich wszędzie pełno i zdjęcia wychodziłyby brzydko z nimi :P – to ostatnie, to już mój argument ale tak – uważam że zakaz wstępu na co dzień między kamienie, to dobra decyzja. Spędziłem tam ładnych parę godzin, w sumie tak długo jak się dało żeby jeszcze w drodze powrotnej zdążyć do Old Sarum ;) czyli tak ze 4-4,5 godziny.
Słyszałem dużo głosów, że nie warto Stonehenge zwiedzać i płacić za wstęp, bo to przecież tylko parę kamieni… (a „muzeum” jest tylko po to żeby usprawiedliwić drogi wstęp), a ja uważam że warto! Bardzo mi się podobało :] a że trochę to kosztuje… no cóż, te wszystkie zabytki muszą być z czegoś utrzymywane… Tak sobie myślę, że ludzie, którzy uważają że nie warto, to może Ci którym zależy tylko na zdjęciu na instagram? ;) bo w takim przypadku można pojechać do Paryża i zrobić sobie zdjęcie pod wieżą Eiffla albo w Londynie pod Big Benem za darmo, i każdy rozpozna, no to faktycznie nie warto tutaj płacić ;) Ale dla mnie to jest ciekawe przeżycie, no a „muzeum” uzupełnia opowieść. Spod kamieni przyjechałem autobusem do wyjścia.
W drodze powrotnej wstąpiłem do sklepiku (wyjście tylko przez sklep, no jakżeby inaczej XD ) i nawet skusiłem się kupując obok widokówki (75 pensów) korkową podstawkę pod garnek/talerz (6 funtów) – uznałem, że chcę mieć taką materialną i praktyczną pamiątkę, która jest też całkiem ładna, no w każdym razie nie wygląda jak tania chińszczyzna ;) W restauracji mają podobno jakieś specjalne ciasto i piwo ale nie skusiłem się już, bo „śniadanie” znowu jadłem na łące i jeszcze czułem je w żołądku ;)
Niestety autobus do Salisbury miał opóźnienia 20 minut, co sprawiło że do Old Sarum zdążyłem ledwo przed ostatnim wejściem – na pół godziny przed zamknięciem, co jednak nie było aż takim problemem, to tylko pozostałości zamku i osady, całą okolicą można spacerować już po zamknięciu, za darmo, więc udało się wszystko zaliczyć :) i był to też miły spacer, ładna okolica. Ale samo dojście tam było dosyć zabawne, bo wysiadłem ja i jeszcze chyba tylko dwie dziewczyny. patrzę tak w nawigację w którą stronę w ogóle mam tam dojść ale tu czasu mało, kątem oka zerkam że może one ruszą i pójdę za nimi – będzie szybciej :D ale nie, one kątem oka zerkają gdzie ja pójdę :D no to musiałem w końcu szybko wymyślić, ale była to dobra droga ;)
Był to już ostatni tego dnia zielony autobus, który koło Old Sarum stawał ale kierowca (albo audioprzewodnik, nie pamiętam) zapowiedział, że na bilet wstępu można do miasta wrócić dowolnym autobusem miejskim – fajnie pomyślane ale nie skorzystałem, bo w planach miałem długi spacer ;) Tzn. myślałem też o obiedzie w pizzerii… ale hotel był jednak w trochę innym kierunku, a mnie zależało żeby iść zaplanowaną już dawno drogą, więc pizza będzie jutro ;) (to też ważne, pizzeria ma wyjątkowo dobre opinie, chwalą się najlepszą pizzą w Anglii :D ). Chociaż po przejściu nią, drogi tej nie polecam – jest spory kawałek bez chodnika :P W sumie wyszło na to, że obiadu dziś nie jadłem… tylko ostatniego pączka, chipsy i piwo ;) (to już jednak aż tak mi nie smakowało), no cóż, czasem tak bywa na wyjazdach ;)
Pogoda jest w tym kraju dziwna: normalnie to jest ciepło, gorąco nawet, ponad 20 stopni. Ale jak zawieje… a wieje często, to jest to tak zimny wiatr, że można by kurtkę ubierać :/ więc nie wiadomo jak się ubrać. Wszystko to sprawia, że niby jednak nie jest aż tak ciepło, ręce mi zmarzły… natomiast gębę mam czerwoną jak burak, nawet nie zauważyłem kiedy się opaliła :P
Teraz jeszcze planowałem dzień jutrzejszy (masakra… ale o tym będzie jutro ;) ).

Ale ja myślę, że w dzisiejszych czasach to samotne podróżowanie też jest już co raz popularniejsze i jakieś takie głośniejsze ;) Nawet kobiety samotnie też często podróżują. I pewnie to będzie tylko narastać, bo co raz więcej jest jednoosobowych gospodarstw domowych :)
Ale fakt, że jeśli chodzi o koszty, to jest to problem… no może nie taka wycieczka jak moje po Europie, czy nawet USA też bym chyba dał radę tak ogarnąć (jest to już, oczywiście droższy wyjazd, pewnie ze 2 czy 3x tyle musiałbym wydać ale jest to do zrobienia – po prostu bilet, zabookować hotel i tyle), ale jakbym chciał już jakąś bardziej egzotyczną, zorganizowaną, np. podobała mi się taka z oferty Rainbow Tours do Ameryki Południowej (Meksyk itp.), to to jest już większy problem, bo jakbym chciał pojechać sam, to owszem, można, ale kosztuje to prawie jak za dwie osoby… A mnie na jedną może i byłoby stać ale na dwie to już słabo to wygląda :( Także jakby ktoś chciał ze mną polecieć tam to polecam się :P

Dzień 5 – 1.06, czwartek – Avebury
Tak sobie założyłem, że na tej wycieczce oprócz Stonehenge zobaczę też większy i starszy krąg megalityczny w Avebury. Tylko że o ile dostać się do Stonhange z Salisbury to nie jest żaden wyczyn, tak dostać się do Avebury, to jest, ło panie… dokładnie tak jak tu napisali: https://www.tripadvisor.co.uk/ShowTopic-g186414-i1296-k11323155-Salisbury_to_Avebury_by_bus-Salisbury_Wiltshire_England.html „It’s a simple looking trip that suddenly runs into over 2 hours each ways” i „akward journey” ;) i przyznaję, kilka razy wracała do mnie myśl, żeby jednak zrezygnować ale gdybym to zrobił, byłbym bardzo rozczarowany. Tak więc spędziłem dzień wcześniej co najmniej dwie godziny, żeby to logistycznie zaplanować – z rozpiską autobusów na cała stronę A5 do 3 możliwych miejsc przesiadkowych :D Potem zestawienie poszczególnych opcji, to kolejne pół strony ;) ale byłem dobrze przygotowany. No oczywiście przygotowanie obejmuje też zajrzenie na YT żeby posłuchać jak się w ogóle te nazwy miast wypowiada :D
Ponieważ jednak straciłem tyle czasu wieczorem, znów poszedłem spać na jakieś pięć godzin ;) bo niestety przy takim dojeździe trzeba było ruszyć jak najwcześniej. Planowałem wstać o 8:00 i pójść na autobus o 8:55 do Devizes jednak, mimo że tak mało snu miałem, obudziłem się jeszcze wcześniej nawet nie śpiący, więc ogarnąłem że zdążę może na 8:25 na autobus do Swindon. Wprawdzie ta opcja nie dawała mi szybszego dotarcia na miejsce docelowe, ale dawała więcej czasu na przesiadkę, więc pomyślałem że to chyba dobry pomysł – gdy się jest gdzieś pierwszy raz i nie ma się za dużego pojęcia gdzie w ogóle autobusy stają (choć dzięki Ci Boże za Google Maps i Here We Go ;) ) oraz jak punktualne są, to lepiej mieć na przesiadkę 40 minut, a nie 3 ;) Te pół godziny w Swindon spędziłem na pobliskim powiedzmy targu, był całkiem przyjemny i pan sprzedawał owoce i warzywa w promocyjnych cenach ;) 2 szalki malin za 2 funty (zamiast za 3), więc się skusiłem. W tym miejscu muszę zaznaczyć że wczorajsze wiatry (a może zbyt długi czas spędzony na trawie…) poskutkowały tym, że dzisiaj jestem trochę chory… tzn. na szczęście nie mam ani kataru ani kaszlu i nawet gardło nie boli, więc da się w miarę normalnie żyć i nie psuje mi to bardzo urlopu ale czuję że się w nim wydzielina zbiera, często muszę odchrząkać, więc jest to dość nieprzyjemne… No i chciałem zjeść te maliny, bo jedzenie o takiej konsystencji dobrze mi robi ;)
Do Avebury dojechałem na 11:36, zjadłem zabrane śniadanie (i butter scones z malinami są jeszcze pyszniejsze! ale z tym gardłem i chyba po tej długiej jeździe autobusem, to mi się trochę zrobiło niedobrze ;) ), pochodziłem, posiedziałem… to jest również bardzo malownicze miejsce i chyba już nie tak nieznane… ludzi było moim zdaniem sporo, psują więc zdjęcia ;) Kupiłem dwie widokówki (w wiosce nie ma wiele, ale jest sklep z pamiątkami, spożywczy i dwie restauracje) i o 14:36 byłem gotowy odjechać. Aha, bilety kosztują teraz 2 funty za każdy autobus (tak testują, do ostatniego chyba lipca), więc zapłaciłem razem w obie strony 8 funtów, myślę że to spoko, a może można było jeszcze taniej? Nie wiem i nie wgłębiałem się, nie chciało mi się siedzieć jeszcze dłużej nad tym. Może jest jakiś bilet dzienny ale nie byłem pewien czy wszystkie te autobusy należą do tych samych przewoźników itp. Tym razem odjechałem do Devizes i miałem tylko 7 minut na przesiadkę, i kilkaset metrów do przejścia na inny przystanek (choć to się okazał krótszy odcinek), tylko że jak już się tam znalazłem i odnalazłem niby właściwy przystanek, tablica głosiła że autobus odjeżdża o 15:05 (która właśnie mijała), gdy tymczasem internet podawał 15:10… Jakaś rodzina też tam niepewnie stała mówiąc: „app says 15:10…”. Jak się jest samemu niepewnym, zawsze dobrze trzymać się blisko innych niepewnych (jak nie ma pewnych :D ), tak też zrobiłem (z resztą nawet gdyby faktycznie o 15:05 odjeżdżał, to mógł się przecież spóźnić, bo wydawało mi się, że go jeszcze nie widziałem), nie byliśmy też pewni czy odjeżdża stąd, ale zapytali tam kogoś i „definitely here” – podsłuchałem :D Więc staliśmy i faktycznie o 15:10 nadjechał – to była ulga, że już na pewno dojadę na miejsce ;) (dodatkowo ten ostatni autobus miał porty usb do ładowania, akurat w odpowiednim dla mnie momencie ;) ).
Może jeszcze słowo o samych autobusach: nie tylko w Londynie są piętrowe, w sumie prawie wszystkie które widziałem w Anglii są piętrowe tylko niekoniecznie czerwone ;) Natomiast zieleń wokół drogi albo jest zbyt rzadko, albo za mało obcinana, gałęzie co kawałek szorują po dachu i/lub bokach autobusu, czasami nawet walą bardzo głośno jakieś większe konary. Noo i drogi to jakaś masakra – są tak ciasne, że nierzadko obie strony muszą bardzo zwolnić albo nawet ktoś musi całkiem się zatrzymać żeby np. taki autobus przejechał. No a do ruchu lewostronnego jest mi nawet jako pieszemu bardzo trudno się przyzwyczaić, człowiek odruchowo odbiera ulice zupełnie inaczej, nie zdawałem sobie sprawy że aż tak. Staję przed skrzyżowaniem i ciężko mi sobie uświadomić, z której strony nadjedzie samochód, ale może to tylko ja tak mam ;) Natomiast z tego co czytałem nie ma tu reguły prawej (ani lewej) ręki, a to mi się podoba. Może dzięki temu ludzie jeżdżą uważniej? Na większości skrzyżowań są znaki określające pierwszeństwo, a tam gdzie nie ma, to raz miałem okazję się przyjrzeć: podjechał jeden, zatrzymał się, potem drugi i też się zatrzymał, po czym ten pierwszy przejechał (raczej pierwszeństwo ma ten, kto pierwszy przyjedzie).
Wracając do dnia dzisiejszego, to po powrocie do Salisbury jeszcze się trochę wahałem czy by tej pizzeri znów nie przełożyć na jutro, bo jednak te autobusowe podróże przez 2,5h są takie mdłościogenne ;) ale po chwili spaceru zdecydowałem się jednak zjeść w Pizza Venti czyli tej „najlepszej pizzeri w UK” ;) Noo, pizza była faktycznie dobra, włoskiej z Rzymu nie przebija ale uplasowałbym dość wysoko ;) do tego Cola Light za 2,25 – to też nie ma tragedii (tzn. mam wrażenie że napoje w restauracjach bywają w Niemczech jeszcze droższe), sama pizza kosztowała 16 funtów, były tańsze ale wziąłem tą z serem bufala. Potem jeszcze zaproponowali kieliszek likieru cytrynowego własnej roboty i również muszę przyznać, że jak na alkohol to smaczny ;) Zostawiłem 20 funtów. W drodze powrotnej do hotelu szedłem jeszcze trochę inną drogą i odkryłem kościół ze starym cmentarzem – widziałem takie miejscówki po drodze ale nie było oczywiście jak zrobić zdjęcia, więc ucieszyłem się z tej tutaj – takie miejsca są bardzo urokliwe! W hotelu w końcu też zmęczenie dało się odczuć – przespałem się trochę i wyszedłem jeszcze do Tesco na małe zakupy spożywcze – była 23:00, tego mi w Niemczech brakuje – długo otwartych sklepów (no i otwartych w niedziele rzecz jasna). Tylko że jakoś nie pomyślałem o koszyku, więc zakupy były naprawdę podstawowe, ale jutro kupię coś jeszcze raz ;)
Co do samego Avebury, to też uważam że zobaczyć warto. Szkoda tylko że z Salisbury to taka droga przez mękę jak się nie ma samochodu… mogliby tu jakiś przejazd zorganizować, chociaż raz dziennie, myślę że trochę chętnych by mieli. Ktoś na tym Tripadvisorze napisał żeby patrzeć na to jak na „slow travel” ale szczerze? Jeśli człowiek musi spędzić dwie godziny planując, to to dla mnie nie jest żadne slow, trochę inaczej wyobrażam sobie życie w stylu slow, a nie że muszę wykonać czynność (praktycznie jakby kolejna czynność na liście „to-do”) tak bardzo czasochłonną…
Teraz odpoczywam, odsypiam itp. Na jutro już nie mam żadnych planów, więc to wreszcie może będzie slow ;)

A jeszcze chciałem powiedzieć, że w Devizes urodził się aktor, który grał postać, po której mam imię… czyli można powiedzieć, że urodził się tam człowiek, który częściowo mnie stworzył :D Czułem tą moc! ;D

Dzień 6 – 2.06, piątek – Salisbury
Wreszcie się wyspałem… chociaż no biorąc pod uwagę, że poszedłem spać około 4:30, a przebudziłem się o 11:00, to też było trochę krótko… W każdym razie tak jak sobie planowałem, poszedłem jeszcze trochę pochodzić po mieście. Np. odwiedziłem wszystkie otwarte charity shopy ale nie znalazłem kolegi dla Puchatka ;) (taki duży puchaty miś, który mieszka z mamą w PL, a jako że ja mam dwa duże, to mama też chciała kolegę dla niego mieć :D ). Poszedłem nawet na dworzec, bo rano przy śniadaniu zerknąłem na rozkład jazdy i zaniepokoiło mnie to co zobaczyłem – mianowicie znowu brak pociągów… Ale na dworcu to nic nie ma, nie ma jakiegoś rozkładu, tylko też info o robotach na linii i możliwych utrudnieniach… Sporo czasu spędziłem pod katedrą, bo to takie przyjemne miejsce i można usiąść na trawie czy nawet się położyć… czego prawdopodobnie nie powinienem robić, bo już od czwartku czułem, że coś mnie bierze… Może też nie powinienem był jeść lodów, ale skusiłem się na takie z Fudge… były faktycznie dobre. Posiedziałem, pochodziłem, a potem wróciłem do hotelu robiąc zakupy w Tesco (potem już z hotelu wyszedłem jeszcze do Lidla, bo scones jednak najlepsze są w Lidlu :D ). Miałem zjeść w McDonald’s ale w końcu dałem sobie spokój, bo nie byłem głodny – za dużo słodyczy, bo jeszcze croissanta migdałowego w cukierni kupiłem ;)
W hotelu okazało się, że faktycznie jest dużo mniej pociągów niż być powinno, a bezpośrednich nie ma wcale :/ więc to czego uniknąłem w drodze do Salisbury, spotkało mnie w drodze powrotnej… Mało tego jeszcze, ten mój bilet to w końcu nie wiedziałem czy mogę na niego jechać czy nie, bo on jest na „poza szczytem” i choć na stronie kolei znalazłem zapis, że generalnie weekendy też są „poza szczytem”, to wyszukiwarka połączeń pokazywała, że bilet, który powinienem mieć, powinien być droższy (taki szczytowy)… Znowu: nie może być przecież za prosto… :/ Wieczorem też już się spakowałem odkrywając ze zdziwieniem, że ledwo się mieszczę w walizce :D herbaty, chipsy… nawet jedno piwo sobie wziąłem i tak jakoś wyszło, na całe szczęście wziąłem do Anglii tak mało rzeczy, bo bym się nie zabrał ;)

3.06, sobota – dzień 7 – Salisbury -> Londyn -> (i do domu)
Musiałem bardzo dobrze zaplanować czas, skoro właściwie tylko jeden pociąg mi pasował… jednak i tego dnia obudziłem się przed budzikiem. Tym razem byłem głodny, chciałem nawet w McDonald’s śniadanie zjeść żeby wykorzystać mój kupon na Big Maca + frytki za jedyne 2 funty! :P ale się okazało, że to dopiero od 11:00 (planowałem więc to zrobić w Londynie ale potem odpuściłem, bo za bardzo ryzykowne czasowo, no cóż jakoś przeżyję tą „stratę” ;) ). Dowlokłem się do dworca i zapytałem pana kasjera czy ja mogę na ten bilet jechać do Londynu najbliższym pociągiem? – pan popatrzył i mówi, że niestety nie, na ten mógłbym dopiero po 12:00… już miałem wizję przebookowywania Flixbusa (choć to słabo opłacalne, tyle samo bym prawie zapłacił co za nowy bilet kolejowy z Salisbury do Londynu, tyle że w sumie jak mam tyle płacić to może lepiej zostać dłużej :D) albo kupna nowego biletu, a szczytowy w jedną stronę kosztuje prawie 50 funtów… no ale nic, dokładnie tyle jeszcze mi zostało ;) Zapytałem jednak pana czy mogę wymienić i mogłem i dopłaciłem tylko 16 funtów! Więc w sumie ta droga Londyn – Salisbury w obie strony i tak wyniosła mnie najtaniej jak mogła ;) Pociąg jak wspomniałem nie był bezpośredni, ale trzeba przyznać, że przesiadka w Basingstoke była dobrze zorganizowana, z tego samego peronu i po 16 minutach oczekiwania. Pociągi punktualne. Tylko dość zatłoczone oba były, ale nie musiałem stać.
Zajechałem na ten Londyn Waterloo i kurcze nie poznaję stacji, a przecież stamtąd przyjechałem XD ale po chwili się odnalazłem i już bez przeszkód poszedłem na Victoria Coach Station – początkowo pomyślałem że skoro mam jeszcze te luźne 6 funtów, mogę pojechać, nawet są bezpośrednie autobusy – wspaniale! Tylko, że nie, bo autobusy są bezgotówkowe ;) to już wolałem iść na pieszo zamiast zastanawiać się czy może metro albo coś (metrem się dało z przesiadką ale ogarniać to znów zajmuje czas, może więcej niż po prostu przejść). Na miejscu też nie byłem znowu pewien gdzie dokładnie te autobusy stają… ale dało się szybko odnaleźć, wszystko jest dobrze oznaczone, wsiadłem więc we Flixbusa prawie pół godziny przed odjazdem :)
Tym razem podróż miała być przez Eurotunel, na szczęście, chociaż… jak już stanęliśmy w tym pociągu czy czymś i kierowca wyłączył silnik (a więc i klimatyzację)… to mówiąc że było jak w piekarniku może bym trochę przesadził, ale tylko trochę ;) (tam są komunikaty żeby otworzyć okna do połowy – no ale to można zrobić w samochodzie…). Tak więc autobus piętrowy, ja na górze z niby jeszcze nie katarem (ale właśnie w tym momencie się zaczął), uszy zatykały się jak w samolocie, no ogólnie wrażenia nie były przyjemne, aż zacząłem się zastanawiać czy może jednak prom nie jest lepszy – można tam przynajmniej wyjść na powietrze ;) Ale nie, Eurotunel jednak szybszy, jednak wolę, choć tak czy siak nie ciągnie mnie na te wyspy po raz kolejny wcale :P
Ale nie wspomniałem jeszcze o kontroli paszportowej – była też dwa razy aczkolwiek już o wiele lżejsza niż w tamtą stronę. Mogliśmy wyjść bez niczego, tylko z paszportami przez budyneczek. Ogólnie wszystko poszło o wiele szybciej i do Lille mieliśmy pół godziny rezerwy. A dojazd był planowo. Przesiadka w Brukseli też bez większych niespodzianek, tylko może trochę niepewności czy stanie na początku ulicy czy dalej (a to spory odcinek), ale to nie tylko ja byłem niepewny, znowu podsłuchałem jakieś Niemki, że pan z innego Flixbusa powiedział im że tu stanie, chyba żeby nie było miejsca, to dalej ;) I w ogóle mają tam przebudowę dworca, więc nudno. A jak już wsiedliśmy to jeszcze trafiła się upierdliwa pasażerka, która jak raz usłyszała że można usiąść obojętnie gdzie, to potem nie chciała się przesiąść mimo że był bardzo pełny… ech, ja nie wiem czemu ludzie się tak zachowują, jeśli ja mam przydzielone miejsce, to je po prostu zajmuję, nawet jak nie muszę, bo chcę uniknąć tłumaczenia i mieć spokój (no chyba, że moje miejsce nie jest dostępne). Do domu dotarłem planowo, nawet był zaraz autobus z dworca aczkolwiek jeszcze nocny – już teraz wiem czemu kiedyś mi się wydawało, że nie ma o tej porze autobusu :D nie pomyślałem żeby sprawdzić rozkład nocnych o 6:30 rano ;)

Aha, podwójnie pobrane pieniądze za hotel wróciły same i były już w piątek, pomniejszone o 7€ – tyle się traci widać na podwójnym przewalutowaniu ;) Wypłata z bankomatu kosztowała nieco ponad 10€ (koszt transakcji + przewalutowanie), zabrało prawie 340€ za 250 funtów… (z czego przywiozłem 30£), no i jako że tak to wszystko wychodzi, może bez sensu byłoby wypisywać wszystkie wydatki jak to zwykle robiłem, może po prostu najlepiej tak:
– hotel: 520€
– Flixbus w obie strony: ok 200€
– wejście z przewodnikiem na wieżę katedry (bo to osobno płaciłem): 20€
– inne wydatki: 340€ – 30£ = ok. 305€
Łącznie: około 1050€… no cóż, najtańsze wycieczkowe cele już zaliczyłem, teraz trzeba się liczyć z tym, że kolejne będą te droższe ;)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Getynga i Kassel (29-30.04.2023)

W ostatni kwietniowy weekend wybrałem się na krótką przejażdżkę w dalszą okolicę :) Mianowicie pojechałem zwiedzić Getyngę. Nigdy wcześniej tam nie byłem, ale zawsze chciałem, bo moi pradziadkowie mieszkali tam trochę lat i czasem wspominali…
Ruszyłem około 9:30 w sobotę, trochę po 12:00 dotarłem na miejsce. Zawsze sprawdzam wcześniej parkingi – żeby był darmowy (np. Park & Ride), a jednocześnie możliwie blisko do centrum (albo kupuję bilet całodzienny na komunikację, ale zależy gdzie jadę, musi się opłacać, w mniejszych miastach się nie opłaca). Tutaj darmowy duży parking był dosyć blisko, z resztą to nie jest duże miasto ;) Chodziłem po centrum, potem do Bismarckturm (wejście na wieżę 2€, byłem), potem znów do centrum, zjadłem jakieś tam lody (też zawsze sprawdzam gdzie są według internautów najlepsze lody w danym miejscu), były dobre ;) Cóż mogę powiedzieć… miasto bardzo spektakularne nie jest ale i tak warto zobaczyć coś nowego :)

Na koniec pojechałem do centrum handlowego żeby się trochę zagrzać (dzień był chłodny) i ustalić plan na noc ;) bo nocleg zaplanowałem w samochodzie, jak to często robię ;) Tylko że teraz miałem obawę taką, że to jeszcze nie lato… mogło być zimno… nawet już miałem się nagiąć i kupić jednak jakiś nocleg, nie były drogie… ale no ja cenię sobie wolność i elastyczność – w samochodzie można zanocować tam, gdzie akurat lepiej pasuje – bliżej pierwszego celu, lub bliżej drugiego. Odrzuciłem więc pomysł hotelu. Zacząłem czytać o tym co ludzie robią nocując w samochodzie – i są takie rady w necie, a jakże! Noo generalnie stwierdziłem, że muszę kupić porządny śpiwór, taki nawet do 0 stopni, wtedy będę mógł większą część roku tak przenocować ;) ale tym razem nie było czasu… wziąłem dwa koce, w tym jeden z nich powlekłem w moją poszwę do spania – takiego „misia” 100% poliester :D do tego zaplanowałem zjeść ciężkostrawnie (Burger King ;) ) przed samym snem (to kolejna rada). Jak już więc to sobie tak ładnie obadałem, zaplanowałem na którym parkingu będę spał (najczęściej wybieram te na autostradzie, bo się wtedy nie rzuca człowiek w oczy i nie jest jedynym śpiącym w aucie ;) )… i drugi na wszelki wypadek… i trzeci… – a to też konieczne, bo dotychczas robiłem tak, że chwilę przed planowanym spaniem ogrzewanie na full w aucie, żeby się nagrzało, potem drzemka, jak się wychłodziło to znowu jazda kawałek dalej z ogrzewaniem na maxa itd. ;) (wprawdzie wcześniej nie spędzałem zimą całych nocy w samochodzie ale drzemki po drodze do PL owszem, robię także zimą), to po zamknięciu centrum handlowego pojechałem na pierwszy parking, na którym w dodatku był Burger King, więc pomyślałem że będzie idealnie – jednak nie, bo tam – i to mi się pierwszy raz zdarzyło na autostradzie (ale trzeba przyznać, że to był dziwny parking, można było z niego zjechać też w pobliskie miasteczko, więc nie był typowo autostradowy) – tylko do max 2h można stać! Poza tym biedny Burger King nawet bez automatów do zamawiania, więc się zabrałem i wróciłem do BK pod centrum handlowym ;) tam się najadłem i pojechałem na drugi parking. Tam spędziłem noc i cóż… największy minus takiego noclegu to jak dla mnie jeśli człowiek nie ma co robić przynajmniej do 22:00-23:00, to że trzeba zabić ten czas od wieczora, do godziny o której można by zasnąć (bo spać o 20:00-21:00 to tak średnio… wstaniesz wtedy o 4:00 i z kolei musisz zabić czas do rana). Za to wcale nie zmarzłem, już prędzej odwrotnie, nawet się prawie spociłem ;) czyli dwa koce i poszwa z poliestru robią robotę :D Rano ruszyłem dalej, do drugiego celu, którym był park górski Wilhelmshöhe koło Kassel. Tam połaziłem od wschodniej części parku do posągu Herkulesa i z powrotem… Początkowo plan zakładał, że spędzę tam cały dzień, nawet na odpoczynku i nie robieniu niczego ;) ale już gdzieś tam na mapie dostrzegłem ciekawe muzeum w Kassel… a sam park jest hmm, ładny i warto zobaczyć aaale jednak nie chciało mi się siedzieć tam do wieczora ;) Postanowiłem jednak spróbować zdążyć do „Świata braci Grimm” – takiego powiedzmy muzeum. Problematyczny był znów parking – na stronie muzeum polecają w jakimś płatnym Parkhausie parkować, ale nie zdążyłbym (w sensie, że ja nie wchodzę na godzinę do muzeum, tylko co najmniej na pół dnia :P więc musiałem tam zdążyć odpowiednio wcześnie), obmyśliłem, że po prostu pojadę i może coś znajdę po drodze, a jak nie, znaczy że może jednak nie mam tam iść ;) No ale wybrałem sobie adres pobliskiego supermarketu myśląc, że w najgorszym razie to w niedzielę mogę tam chyba zaparkować… Moje obawy okazały się zbędne – w niedzielę wszędzie można zaparkować za darmo i wcale niemało było wolnych miejsc. Zaparkowałem na Tischbeinstraße, ale mogłem spokojnie podjechać jeszcze bliżej – też były miejsca, darmowe w niedzielę :) Samo muzeum też nie jest tak spektakularne jak… no nie wiem, Luwr na przykład :D raczej pewnie stworzone, żeby i w taki sposób na popularności braci Grimm zarobić ;) ale to spoko, jeśli to pozwala zachować jakieś dziedzictwo kulturalne, to i tak jestem za. Na koniec z dachu porobiłem jeszcze kilka ładnych zdjęć na okolicę.

Powrót do domu przebiegł bez dalszych przygód ;) i nawet nie wróciłem tak późno :)
Aaach, nie, prawie bym zapomniał! W drodze powrotnej zrobiłem jeszcze mały objazd, bo akurat tam, w pewnej okolicy, babka sprzedawała Armadillidium vulgare “magic potion” – czyli gatunek izopodów, który bardzo chciałem mieć :) Świetnie się złożyło, że nie dość iż było to blisko, to jeszcze wyjątkowo tanio :) Wraz z nimi mam teraz 4 kolonie izopodów i tyle mi wystarczy, więcej nie planuję ;)

Wydatki, to właściwie tylko paliwo i wejście do Świata Braci Grimm (10€). No i moje „magiczne kropeczki” kosztowały mnie też 10€ ;) (za 25 sztuk! to dobra cena, a dostałem ich jeszcze sporo więcej :) ).

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Uwaga! Kończę bloga!

…żartowałem :D tzn. nie do końca, bo faktycznie znów się przenoszę… Już niedługo strona zmieni adres.

Od pewnego czasu noszę się z planem przeniesienia bloga na darmowy hosting, i tak już niezbyt często piszę, mało kto w ogóle mnie czyta ;) skąpy jestem, to po co przepłacać :D Znajdę coś darmowego.
Chociaż szczerze mówiąc, to parę razy już też myślałem o tym żeby usunąć bloga. Tzn. tak jak wielokrotnie pisałem – pisać będę już zawsze ;) tylko czasem myślę czy to nie nadszedł czas żeby już pisać tylko na dysku i tylko dla siebie… No co tu dużo mówić, od pewnego czasu czytam swojego bloga od początku wyłapując co ważniejsze… i czasem mi strasznie wstyd :D myślę że to należałoby jednak ukryć ;) Albo zostawić tylko najważniejsze notki… albo coś. Albo ukryć wszystko i udostępnić tylko na konkretne prośby (i tylko to co najważniejsze), albo jakoś tak… Na razie jednak pewnie jeszcze zostawię całość tylko muszę pomyśleć jak to ugryźć. I to szybko, bo domena wygasa 21.09… hosting wygasa za pół roku i początkowo chciałem pociągnąć domenę dłużej niż hosting – ale nie za 110zł za rok! ee, nie, to jednak się zwinę wcześniej ;) Plan jest taki, że albo znajdę darmowy hosting i przeniosę wordpressa tak jak jest (jakoś :P ), albo nawet migracja wordpress->blogspot (ale to może być jeszcze trudniejsze). Jak się na coś zdecyduję, edytuję notkę.

Na samym blogu mam trochę zaległości, kilka podróży jeszcze do opisania… stanie się to, tylko nie wiem kiedy ;)

Edit (3.09): Nowa domena, która albo już jest albo dopiero będzie aktywna wygląda tak: wendigo-blog.com.pl – dodanie jedynie „.com” w środku sprawiło, że domena kosztuje jedyne 15,90zł, a tyle jeszcze mogę wydać ;) Więc póki co, resztę zostawiam, zmieni(ła) się tylko domena i to tylko nieznacznie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Jeden komentarz

Nowy endokrynolog

Dawno nie pisałem tak o życiu… ale może zacznę od leczenia jednak, bo jeszcze nawet o tym nie napisałem. A mianowicie w zeszłym roku zmieniłem endokrynologa. Nie żeby coś z poprzednim było nie tak, tylko no – odległość… Mieszkam w dużym mieście, a musiałem godzinę (50km) dojeżdżać do innego, tak jakby u mnie nie było endokrynologów ;) nie mówiąc już o tym, że z parkowaniem tam też było ciężko: albo musiałem zapłacić, a i tak nie był to wygodny parking, albo iść kawał drogi… no i czas oczekiwania w poczekalni w ostatnich latach to już też był naprawdę nieznośny… Teraz… no raj po prostu: mam lekarza 1200m od domu, więc mogę pojechać rowerem, a nawet się przejść jakby trzeba było. Chodzę też tam na zastrzyki, bo po pierwsze mogę o każdej porze (więc też po południu jak mam akurat pierwszą zmianę), a po drugie myślę i mam nadzieję, że tam zawsze będzie ktoś, kto wie jak robić takie zastrzyki… Jak dotychczas (cztery razy) robiła mi ta sama kobieta, taka sympatyczna i wesoła (zawsze pyta: „z prawej? lewej? po środku?” :D ) i robi dobrze. Już przy pierwszym zastrzyku jak zaczęła, od razu mówię: „Dobrze, że pani wolno robi…” – nowym zawsze wolę to podkreślić w razie gdyby to był tylko przypadek i ktoś miał ochotę przyspieszyć :D A ona na to: „Tak, to nie można szybko”, a ja sobie myślę: Oj można, niestety XD i jej opowiedziałem o tym pewnym razie, że po zastrzyku prawie nie mogłem chodzić. Złączyła się ze mną w bólu ;) No, a po trzecie to tam nawet mam bliżej niż do lekarza rodzinnego.
Natomiast co do lekarza to jest młody, chyba młodszy ode mnie :D (to już ten czas, kiedy człowiek zaczyna mieć lekarzy młodszych od siebie, ale się staro poczułem teraz ;) ), wydaje się taki… zaangażowany, np. powiedział że on preferuje kontrolę dwa razy do roku, bo raz do roku to za rzadko – no spoko, blisko mam to mogę przychodzić (i jak na razie to chodzę co kwartał :D chociaż niby wszystko jest ok). Ale też on pracuje… powiedziałbym: tak bardzo „po niemiecku” :D to znaczy że dba by nie za rzadko być na chorobowym XD Z czterech terminów trzy mi przekładano, bo „Doktor jest chory” :D No to nie jest dla mnie nic nowego, że tutaj się dba by te około 30 dni w roku być na chorobowym ale akurat wśród lekarzy się z tym dotychczas nie spotkałem ;) (no chyba że naprawdę też na coś choruje przewlekle, w sumie nie trzeba być zdrowym by studiować medycynę). Mnie tam wszystko jedno, grunt że recepty dostaję na czas (i nie muszę już odbywać tej pielgrzymki do przychodni lekarza rodzinnego po skierowanie, wysyłać jej do endo, czekać na receptę… Tu nawet nie potrzebuję już skierowań! (choć co za tym idzie oni nie wysyłają moich wyników do lekarza rodzinnego i lekarz rodzinny ich nie ma, więc nawet na te zastrzyki to nie bardzo mógłbym już do rodzinnego chodzić, bo jakby nie ma „świeżej” podstawy do tego…). Jedyny dla mnie minus jest taki, że wyników też nie dostaję… a jak już to bardzo okrojone. Ale ostatnio o kopię prosiłem, bo… i to będzie następna część tej notki: zacząłem wreszcie diagnozować moje inne dolegliwości…
Przedostatnio na wizycie kontrolnej, kiedy mnie zapytał jak się czuję, to powiedziałem że dobrze „ale…” Ale że często cierpną mi ręce, zwłaszcza rano, że to nie nowość dla mnie i mam tak od lat, ale bywały przerwy, a ostatnio znowu to się dzieje… I że ja w sumie podejrzewałem że przyczyną może być liczba czerwonych krwinek, która bywała wysoko, no a gęsta krew – może wolniej krąży? Powiedział, że myśl jest dobra, ale moje wyniki są w męskiej normie i on nie widzi żadnej przyczyny w moich wynikach (i sugeruje może oznaczenie… czegośtam – chodzi o reumatyzm). Tak też zrobił (ale nic nie wykazało). No ok, to powiedziałem że pójdę do rodzinnego w takim razie, tak też zrobiłem i dostałem skierowania do neurologa (na cierpnięcie) i do chirurga naczyniowego (na objaw Raynauda – to też mi się dzieje). Neurologa zaliczyłem w styczniu – bardzo sympatyczna kobieta, jednak uparła się, że to zespół cieśni nadgarstka ;) sam już nie wiem, może też? W jakimś stopniu chyba też, jakaśtam odpowiedź nerwowa na stymulację prądem (miałem to badanie robione) była… noszę też szyny (do spania) ale czy to coś pomaga… miałem wrażenie, że nawet pomaga i znowu: może coś pomaga na podrażnienie nerwów, ale no mam takie jakieś wrażenie, że to będzie coś z krążeniem, a na to nie pomoże… no zobaczymy… Natomiast u drugiego lekarza byłem na początku marca. Ale nie u chirurga, bo to było tak: zdzwoniłem do jednej przychodni, a tam mi mówią, że ich chirurg naczyniowy to nie, on się raczej żylakami zajmuje… ale polecili mi innego lekarza, który podobno właśnie tym się zajmuje. No to pojechałem tam bo to taka dziwna przychodnia – w sumie lekarzy rodzinnych ze specjalizacją… ale nie chirurga naczyniowego tylko angiologa – babka w rejestracji nie bardzo wiedziała co ze mną zrobić :D (bo miałem skierowanie do chirurga naczyniowego), ale przyjęła je (w sumie niespotykane, najczęściej biorą skierowanie dopiero na wizycie i to musi być z aktualnego kwartału, no ale jak wzięła tamto…) i umówiła termin… na 1 marca (a było to w zeszłym roku…), no więc czekałem na ten termin jak na zbawienie ;) Również bardzo sympatyczna pani dr, zrobiła mi usg kończyn górnych (na dolne musiałem zrobić kolejny termin… za następne prawie 3 miesiące…), wszystko jest w porządku tylko niskie ciśnienie i małe żyły (ale tkanki są dobrze natlenione itp.). Na wyniki krwi jeszcze czekam… więc może to po prostu tylko tyle – niskie ciśnienie i małe żyły…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Drezno (19-21.12.2022) / i moja hodowla równonogów ;)

Ok, to czas opisać Drezno zanim całkiem zapomnę ;) W ogóle zastanawiałem się czy opisywać, bo to taki krótki pobyt… ale właściwie przecież też opisywałem jednodniowe, więc ten tym bardziej się zalicza.
Drezno to takie kolejne miasto po prostu po drodze do PL, więc niewielką nadwyżką kilometrów mogłem zwiedzić. Pracę w tym (no w zeszłym :D ) roku skończyliśmy też trochę wcześniej, więc już 19.12 ruszyłem sobie w drogę. Plan był taki że wyjazd wcześnie, te niecałe 500km pokonam do wczesnego popołudnia, zostawię gdzieś auto i do miasta ruszę, potem pójdę się zameldować w hotelu i wypakować bagaże z samochodu, a potem dalej w miasto… Wyszło jednakże trochę inaczej. Przede wszystkim dzień (jak i z nim sąsiadujące) był zimny, bardzo zimny. Jeszcze zanim ruszyłem, wiedziałem, że będzie ciężko, bo na ulicy (i na chodnikach, także tym, po którym nosiłem bagaże…) była szklanka :/ NAPRAWĘ szklanka… musiałem więc te bagaże nosić krokiem żółwia (nie przesadzam, przesuwałem się o pół stopy), no i przyznaję: gdzie się dało, szedłem przez trawę :P tam przynajmniej nie było ślisko). Potem oczywiście jazda też wolna… normalnie zawracam na skrzyżowaniu, tym razem się nie odważyłem (tam dość ciasno jest) ;) ale jednak ruszyłem… Nawigacja sprowadziła mnie z autostrady po jakichś 50km, może coś tam się działo… ale kiedy chciałem na jakiś parking wjechać żeby sprawdzić w komórce gdzie w końcu będę mógł na tą autostradę z powrotem wjechać (no bo wiecie – szklanka! to już po autostradzie się lepiej jechało…), to też nie było lekko… lekki spad i już nie podjechałem nawet na miejsce parkingowe, a ponieważ jakiś samochód stał w pobliżu, wolałem nie ryzykować wciskania się tam na siłę… No ale w końcu trafiłem na autostradę i dalej w drogę. Potem jeszcze raz zjechałem na śniadanie w Burger Kingu (Long Chicken Vegan jest przereklamowany… znaczy ja za klasycznymi Long Chickenami też nie przepadam, vegan to przynajmniej mnie nie obrzydza ale smak… właściwie nie to że zły, ale jakieś to takie dla mnie ciężkie na żołądku). Btw. tam na parkingu na środku stało auto – kogoś z pracowników, podjechało drugie (taki busik mały) i chciało go odholować a tu jedynie koła w miejscu kręcą się po lodzie – no warunki masakra, ale to już mówiłem… Już zaczynałem schizować że może zaraz i ja stamtąd nie odjadę :D ale odjechałem i dalsza podróż minęła bez problemów. Zmęczenie było spore (bo jak zwykle spałem za mało), a poza tym wychodziło na to że niewiele przed 14:00 zajadę, to już postanowiłem przespać się jeszcze trochę po drodze i przyjechać dopiero po 15:00 i od razu do hotelu, a dopiero potem ruszyć w miasto. Zwłaszcza że… hoduję izopody i póki co wożę je z sobą, to w sumie byłaby historia na inny wpis :D (ale jeszcze się w tym pojawią, więc może jednak opiszę…), no ale nie mogłem ich zostawić w aucie na mrozie…
Podjechałem do hotelu, a tam szlaban na parking… już zdezorientowanie ale na szczęście znalazłem dzwonek (rzadko mam z czymś takim do czynienia :D ), zaparkowałem… Ach, to następna historia: szukałem hotelu długo, rozważałem, był nawet do wynajęcia mały drewniany domek (takie domki modułowe, w takim w sumie chciałbym nawet mieszkać, są tanie do postawienia… no ale trzeba mieć gdzie ;) w każdym razie bardzo chciałbym w takim kiedyś choć zanocować właśnie żeby sprawdzić czy to naprawdę taka fajna sprawa jak mi się wydaje), ale w końcu przeważyło coś bliżej centrum i z parkingiem. Nocowałem w A&O – pokój jednoosobowy z łazienką, tak wąski korytarzyk że jak postawiłem bagaże to z następnymi nie dało się przecisnąć :D ale spoko, wystrój dość nowoczesny, może być, lokalizacja też niezła. No ale ten parking… „miejsc pod dostatkiem” to tam na pewno nie było, zająłem chyba ostatnie takie jeszcze normalne, inni już gdzieś na środku stawali i częściowo na chodniku… No w każdym razie zameldowałem się, włożyłem plakietkę do samochodu, zaniosłem bagaże i ruszyłem w miasto. To też nie było proste, bo tam też była szklanka :/ więc znowu droga na pieszo zajęła mi wieki no i stwierdzam że nie, naprawdę nie – w takich warunkach nie opłaca się zwiedzać… choć wiadomo: nie mogłem przewidzieć, że będzie aż tak źle. Kiedy nie da się swobodnie chodzić po ulicy, tylko trzeba pełznąć uważając na każdy krok, to niewiele się zaliczy… ale starałem się bardzo ;) w centrum było oczywiście trochę lepiej (ale i tak co kawałek ktoś się ślizgał albo przewracał). Odwiedzałem co tam w pobliżu było i oczywiście drezdeński Weihnachtsmarkt (nawet nie jeden ale umówmy się, że opowiadam o tym największym – Striezelmarkt) – podobno najładniejszy w Niemczech… i szczerze? No brzydki nie jest ;) aaale… mam pewne „ale” ;) Po prostu inny jest niż ten w moim mieście i o ile fajnie to było zobaczyć, tak hmm… większość straganów to ozdoby drewniane, girland świetlne gwiazdki, koronki – takie rzeczy. W moim mieście większość to chyba jednak gastronomia i słodycze :P a jak już coś… prędzej kupię coś do żarcia niż koronkową zawieszkę, więc… ;) Ale za to mieli ciekawe owoce w czekoladzie! (u nas są raczej tylko truskawki, banany, jabłka i winogrona, czasem zdarzą się maliny i mandarynki albo jakiś szaszłyk owocowy-mix). Tego dnia kupiłem kaki w białej czekoladzie (4€), a także 3 drewniane gwiazdki na choinkę (po 2€ szt., dwie na prezenty, jedna dla siebie), a nawet trdelnika (ale drogie: 5,50€ tylko że bardzo to lubię :P ). Zimno było i padało, na szczęście obok jest galeria, poszedłem się tam zagrzać raz czy dwa ;) a w końcu do hotelu przygotować się na kolejny dzień.

20.12 (wtorek)
Pomny tego co przeżyłem dzień wcześniej (wędrówkę w żółwiowym tempie), stwierdziłem że nie ma co sknerzyć i muszę kupić bilet na komunikację miejską (całodzienny 6,90€), bo w tym tempie nie dojdę na czas nigdzie i nic nie zobaczę :/ No i około 8:00 ruszyłem tramwajem do centrum, znaczy pod Zwinger. I tak sobie spacerowałem oglądając budynki. Głównym punktem programu na ten dzień było jednak Muzeum Higieny, do którego doszedłem około 11:00. Bilet wstępu kosztuje 10€, więc można przeżyć. Wyszedłem stamtąd krótko przed zamknięciem, muzeum jest ciekawe i fajna była też wystawa specjalna dotycząca kłamstwa :) Tzn. to nawet nie tylko wystawa była ale trochę interaktywna gra, podobało mi się. Potem wróciłem w miasto, jeszcze raz Weihnachtsmarkt itp. Tego dnia kupiłem kolejne ciekawe i u nas niedostępne owoce w czekoladzie: borówki (3€) i gruszkę (3,50€), oczywiście w białej bo ja tylko w takiej jadam owoce ;) a poza tym 3 malutkie pączuszki serowe (pan dał mi 4 za bardzo spoko cenę 2,50€, normalnie są 3 w tej cenie ale zostały mu cztery z tej partii więc miałem gratis, małe a cieszy :P ), wypiłem poncz marcepanowy z bitą śmietaną (3,50€), a także kupiłem kawałek Dresdner Eierschecke – takie regionalne ciasto, kiedyś już o nim słyszałem, baa, nawet raz sam upiekłem i wyszło, mimo że to dość pracochłonne ciasto, no ale będąc tam też chciałem koniecznie spróbować tego regionalnego. Najpierw myślałem żeby w tym celu odwiedzić jakąś kawiarnię… ale opinie w internecie były nie jakieś powalające o żadnej, więc jak na Weihnachtsmarku znalazłem stoisko z tym ciastem, to po prostu kupiłem kawałek i to było spoko – smaczne było! (i też tylko 2,50€ na nie wydałem). No i tradycyjnie – kupiłem 3 widokówki (2,10€).

21.12 (środa)
To już podróż w dalszą drogę, aaale jeszcze jedną rzecz miałem zaplanowaną i jednak opiszę tu szerszy kontekst ;)
Otóż od kilku lat szukałem zwierzaka (gada, owada czy czegokolwiek) co mógłbym hodować. Musi znosić podróże (ew. pozostawienie na dłużej bez opieki). Podróże chyba najlepiej znoszą psy ale wiadomo – psów się boję więc i nie przepadam, więc odpadają ;) Może też szczury zniosłyby dobrze ale z jakiegoś powodu też je odrzuciłem. Koty hmm… koty podróży nie lubią, choć niby można od małego przyzwyczaić… aale to zawsze może być stres dla nich, a poza tym jednak, jakby to powiedzieć… kot jak każde stworzenie może zachorować, wymiotować, mieć biegunkę – no niespecjalnie chcę sprzątać takie rzeczy po domu… więc coś w klatce/terrarium może? Myślałem o żółwiu czy jakichś jaszczurkach – ale tu też z podróżami kiepsko i potrzebują lamp specjalnych, ogrzewania… Także jeśli zwierzak dla mnie, to nie może być nic kłopotliwego, bo jednak podróże są dla mnie ważniejsze i czasu też mi szkoda, a także nie chcę wydawać fortuny i bawić się w jakieś lampy i ogrzewania… Wydedukowałem jakiś czas temu, że modliszka byłaby spoko i ciekawa w obserwacji, ale na razie się jeszcze nie postarałem o żadną (za mało zgłębiłem temat hodowli karmówki dla niej). A jak się wprawię z modliszkami, to może jakiś pająk (podobnie mało kłopotliwe stworzenia tylko żyją dłużej od modliszek, więc to chyba fajniej). Aale potem odkryłem coś jeszcze prostszego (nie wymagającego hodowania karmówki) i jeszcze tańszego (bo za darmo!), a są to kulanki :) Kulanek mam latem pełno w PL w ogrodzie, trochę sobie nałapałem i hoduję od sierpnia zeszłego roku :P faktycznie mało wymagające stworzenia – wystarczy plastikowy pojemnik i trochę składników do znalezienia w lesie ;) i regularne nawadnianie. Ale też nie aż takie ciekawe są te dzikie, jakie mogłyby być hodowlane… tyle że konkretnie kulanki hodowlane są raczej droższe, więc postanowiłem kupić coś tańszego – podobne równonogi/izopody: Porcelio laevis Dairy Cow i Porcelio laevis Orange – tanie, niewymagające, a ciekawe bo niezbyt płochliwe :) Czemu w ogóle wciskam ten temat w podróż? No po pierwsze dlatego, że kulanki jechały ze mną :D i to jest też powód dla którego postanowiłem 2 noce w hotelu kupić, a nie jedną (na mrozie w samochodzie nie mogłem ich przecież zostawić przez cały dzień zwiedzania… myślę o jakimś ogrzewaniu z power banku i to się chyba uda ale wtedy jeszcze nie miałem ogarnięte), a po drugie dlatego że akurat w Dreźnie znalazłem (na ogłoszeniach) babkę, która sprzedawała Dairy Cow i Orange tak tanio, jak nikt inny w całych chyba Niemczech! Normalnie one „chodzą” po około 0,10€ za sztukę, a ona sprzedawała 50szt. za 2€! W dodatku mieszkała dość blisko mojego hotelu, więc w drodze powrotnej pojechałem odebrać moje nowe zwierzątka domowe ;) Dała mi w dwóch dość stabilnych transporterkach (i nic za to nie chciała!), w dodatku powiedziała, że na pewno jest ich tam więcej niż 50 :) Dałem więc jej 5€ za wszystko i powiedziałem że reszty nie trzeba i bardzo się cieszę, że się mi się udało odebrać. Jedyna trudność była taka, że mieszkała w domu ogrodzonym na domofon i zastawiłem chodnik żeby przy furtce zaparkować :P (oraz bramę wjazdową… nie było innego miejsca), w pewnym momencie się ta brama nawet otworzyła, a ja już miałem schizę, że ktoś akurat teraz chce wjechać czy wyjechać, ale to chyba automatycznie jak ona otwarła mi bramkę domofonem. Potem jeszcze na szybkie zakupy (w Netto jest tam moja stara /ulubiona/ Cola! skandal! u mnie od pół roku jej już nie ma, a zamiast niej jest jakaś wstrętna ciecz niezdatna do picia w innych butelkach – jeden kraj, jedna sieć sklepów i takie różnice, dlaczego?! :( ).
Dalsza droga już dość standardowa i bez większych niespodzianek. Było fajnie aaale jednak lato jest lepsze na zwiedzanie ;) (tzn. no cieplejsza pora roku) chociaż tutaj, no wiadomo – latem nie ma Weihnachtsmarku, a to też duża atrakcja, także nie to że żałuję pory roku, aaale pewnie latem też jeszcze kiedyś odwiedzę Drezno :) (nawet tego lata myślałem – jeden dzień w Lipsku, jeden w Dreźnie, nocleg w samochodzie… ale jak będzie za ciepło to przecież moich równonogów nie mogę tak na cały dzień zostawić w aucie! :( także jeszcze zobaczę co wymyślę… oczywiście mógłbym ich nie brać, dobrze nawodnić i postawić w piwnicy… chyba by się im nic nie stało, przez 2 tygodnie na pewno no ale latem mam 3 tygodnie urlopu, a poza tym lubię na nie patrzeć).

Podsumowując: wszystko fajnie ale najlepszą „pamiątką” są chyba i tak moje zwierzątka :D (faktycznie jedne i drugie są dość otwarte i można je często obserwować na powierzchni, ale jednak „pomarańczki” są bardziej płochliwe od „krówek” i częściej się chowają ;) ).

Podsumowanie kosztów:
19.12:
– Burger King: 8,28€
– trdelnik: 5,50€
– kaki w białej czekoladzie: 4€
– 3 gwiazdki drewniane (na choinkę): 6€

20.12:
– bilet całodzienny 6,90€
– muzeum: 10€
– borówki w b. czekoladzie: 3€
– gruszka w b. czek.: 3,50€
– Dresdner Eierschecke: 2,50€
– pączuszki serowe: 2,50€
– pącz marcepanowy: 3,50€
– widokówki: 2,10€

= 57,78€
…najgorsze jest to że nie pamiętam ile zapłaciłem za hotel :D aale mam nadzieję, że jeszcze sobie przypomnę, tzn. znajdę gdzieś rachunek i dopiszę…
Jeśli chodzi o paliwo, to zrobiłem jakieś 15-170km dodatkowo… wyliczyć można zależnie od ceny paliwa ;)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | Dodaj komentarz

Podsumowanie 2022

Ale dawno nie pisałem… nie zdążyłem nawet napisać notki o zmianie endokrynologa, ale pisać ją zacząłem więc w końcu się pojawi. Teraz jednak ostatni dzień roku i tradycyjnie musi być podsumowanie ;) mimo że nie przygotowałem się wcale…
To był ogólnie dziwny rok, dużo myślałem o przemijaniu, aż sam nie rozumiałem dlaczego, może dlatego? W dodatku jeszcze weszła mi schiza, że jeśli po śmierci nic nie ma to bardzo byłoby szkoda ale jeśli jest reinkarnacja i trafię do jakichś Indii albo w podobnie trudne miejsce… lub np. będę mieć jakichś okropnych, ale tak naprawdę okropnych rodziców… Albo jeśli koncepcja nielokalnej świadomości (z książki „Wieczna świadomość”) jest faktem, to też ciężko mi z myślą, że w istocie jestem jedną świadomością z jakimś np. zamachowcem samobójcą albo czymś takim :P I że w takim razie (lub wizji reinkarnacji w Bangladeszu), może jednak lepiej jakby po śmierci nic nie było :D Ale jeśli jednak jest i tak kiepsko się trafi… Heh, to kiedy radość z życia wejdzie za bardzo :D (a może nie tyle radość, co docenienie swojego życia). Ale ostatnio już mi przeszło – okres okołoświąteczny był fajny, czułem taką jakąś bardzo pozytywną i wesołą energię, miałem na wszystko ochotę… i też wystarczyło przypomnieć sobie że jak nic nie ma, no to nie ma i finito, ale jak jest, to gdzie by tam po reinkarnacji nie trafić, no drugie transseksualne wcielenie to chyba mi się nie trafi, w związku z czym nie może być przecież gorzej :D a wtedy to nawet jak się nie ma co jeść albo ma beznadziejnych rodziców, to można się cieszyć innymi rzeczami, którymi ja w tym wcieleniu tak nie do końca mogę ;) Także mam nadzieję mieć ten przygnębiający i melancholijny temat za sobą.
Inny temat jaki też chcę mieć za sobą (no skoro już tak piszę to i o tym se parę słów machnę), to kwestia posiadania lub nieposiadania dzieci. Bo tak się bujam, że jakośtam chciałbym, a jakośtam bym nie chciał i nie wiem które pragnienie powinno wygrać :D Oczywiście można by powiedzieć, że zasadniczo i tak nie mam na to szans, więc po co w ogóle o tym myśleć, aaale ja przecież wierzę, że nie ma rzeczy niemożliwych i w sumie wszystko jest tylko kwestią decyzji i nastawienia. Tylko kiszka jak człowiek sam nie wie na co bardziej chciałby się nastawić :D Ale nie chce mi się rozkminiać wszystkich zagadnień od podstaw, więc napiszę tylko wniosek i moją ostateczną decyzję: chciałbym mieć dziecko ale jeśli nie będę musiał pracować, inaczej nie chcę, bo nie mam tyle czasu. Więc najpierw wolność finansowa (rentierstwo, wygrana lub bezwarunkowy dochód podstawowy, a może, kto wie, może jakaś jeszcze inna opcja, która dziś mi do głowy jeszcze nie przychodzi? :) ). Tak do pięćdziesiątki daję sobie czas (a jak będę bogaty to może jeszcze dłużej ;) ).

W tym roku po raz pierwszy też pomyślałem, że może to już czas ukryć bloga albo wyłączyć. Chyba co raz bardziej żenujące wydają mi się moje stare wpisy :D i może chciałbym zintegrować moją internetową osobowość pod tym drugim nickiem i uzewnętrzniać się w nieco inny sposób ;) jeszcze nie podjąłem decyzji, jeszcze nie jestem gotowy, ale może tak zrobię. Oczywiście pisać będę nadal, ale już tylko dla siebie i offline… no ale nim się zdecyduję, to może minąć jeszcze parę lat ;) więc na razie tylko myślę.

No i proszę, niby nie miałem o czym piać a jednak mam ;) Mam też trochę notatek w tym pliku, też to w końcu muszę na bloga wrzucić i lepiej by było w starym roku… ale w sumie wszystko jedno, a w ostatni dzień, to jednak ważniejsze jest podsumowanie.

Co tam jeszcze… na WOŚP Allegro, 30 finał rekord: co najmniej 2790,40zł zebrane, 83 kupujących, 43 kurierskie, 6 paczek, a InPostów to nie zliczę ;) Po co komu aż tak dokładne statystyki? Bo se wyliczyłem dla rozrywki ale skoro już to zrobiłem, to szkoda żeby zginęło :D

80 książek przeczytanych… albo raczej przeczytanych to naliczyłem ze 20, reszta przesłuchana więc nie do końca się liczy ;)

Wycieczkowo też było przyzwoicie (no i Wenecja – kasuje wszystko, było więcej niż przyzwoicie! ;) to by mógł być mój drugi dom ;) ), przyszły rok będzie chyba słabszy pod tym względem… planuję Anglię i Stonehenge ale zobaczymy czy mi to wyjdzie nie ruszając letniego (ani zimowego) urlopu.

Jak tam plany upraszczania? Jak zwykle… walczę ;) w ostatnich dniach roku całkiem nieźle się pod tym względem czuję, ale to widzę już też nie nowa tendencja, a w ciągu roku to bywa różnie :/ niestety często nie tak jak bym chciał ale cóż… to droga ;) jedyne co mogę to iść w kierunku, w jakim chciałbym dojść, może kiedyś dojdę ;)
Nie mam też innych planów, dodatkowych postanowień… mam pragnienia wyciszenia się, większego relaksu (no to się wiąże z tym upraszczaniem), chętnie większej nudy ale nie umiem w nudę ;) Jednakże trochę sobie obiecuję po takiej może dla kogoś prozaicznej rzeczy jak rezygnacja z kalendarza (tak tego Personal Plannera za 25 Euro :D kupowałem przez kilka lat), bo chcę już tylko się organizować w moim „zeszycie do ogarniania życia” ;) A kalendarz będzie już tylko uproszczony, wydrukowany, jako wkładka do tegoż zeszytu. A jeśli stwierdzę, że nie umiem bez zapisywania tego co jadłem (tak, od 2018 konsekwentnie zapisuję i na razie ciężko było to rzucić ;-) ale no bo właśnie dlatego że był ten kalendarz, więc miejsce, które aż się prosiło o zapisanie posiłkami :D ), to będę to zapisywać w zeszycie… a potem wyrzucać, bo i tak mi to nie jest potrzebne :D ale możliwe, że nie dam rady bez zapisywania, takie natręctwo się zrobiło :D (nie mówię o zapisywaniu codziennej wagi – na to oczywiście pozostanie miejsce w moim kalendarzu uproszczonym :D ).

Poza tym czego sobie życzę? Bo kto powiedział że to muszą być plany? A życzenia nie mogą być? :D Mogą! Życzę sobie rentierstwa, wygranej lub dochodu podstawowego, bo czemu nie :]

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | Dodaj komentarz

„Skąd się bierze nieheteronormatywność?”

„Skąd się bierze nieheteronormatywność? Prof. Jacek Kubiak: Nauka obala kolejne mity” – bardzo ciekawy wywiad! Nowe odkrycia i fajnie opisane co, skąd, proporcje i jak to jest w nauce :)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Jeden komentarz

Zabezpieczone: Bawaria – Eibsee, Königssee, Berchtesgaden, Salzburg, Regensburg… (4-11.06)

Treść jest chroniona hasłem. Aby ją zobaczyć, proszę poniżej wprowadzić hasło:

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Wpisz swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.

Zabezpieczone: Włochy: Piza, Florencja, Wenecja (23-30.04)

Treść jest chroniona hasłem. Aby ją zobaczyć, proszę poniżej wprowadzić hasło:

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Wpisz swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.

wojna reality show

Niemal równo dwa lata temu napisałem notkę koronawirus reality show i proszę bardzo, teraz wirus też jest już passe ;) bo oto 24 lutego Rosja zaatakowała Ukrainę (datę to zapisuję pamiętnikowo) i ludzie głupieją chyba jeszcze bardziej. Znaczy jasne, to jest jakoś nie do pomyślenia w cywilizowanym świecie… ale jednocześnie jak widzę jakieś oburzenie, że ktoś mimo tego żyje normalnie (i np., o zgrozo, wrzuca wesołe zdjęcie na instagram!), jakieś: „jak tak można, tam ludzie giną!” to… jakby… ale wy wiecie o tym, prawda? że to nie jest jedyna współczesna wojna? Czy może tamte są/były mniej straszne, bo toczą się daleko od nas? Uważam, że moje zdjęcie wrzucone na instagram (albo czyjekolwiek inne oczywiście) nie ma żadnego znaczenia, to że go nie wrzucę nie powstrzyma wojny. Z resztą przewiduję to samo: za kilka miesięcy, może tygodni, ludzie się oswoją i wszystko będzie tak samo (albo gorzej, bo jak wiadomo Polacy nie lubią obcych, przez chwilę może się zachłysnęli niesieniem pomocy ale już słyszę głosy, że jak to Ukraińcy dostają ubezpieczenie za darmo…). A ja, szczerze mówiąc… jakoś nawet nie mam prawie potrzeby śledzić co się dzieje i czytać tych newsów…
Inni zaś głupieją w taki inny sposób. O właśnie, to jest dobra okazja żeby napisać o takiej tej tendencji, którą widzę u wielu ludzi… (nie u wszystkich z okazji wojny, niektórzy już wcześniej to mięli)… tej takiej w typie: „będę trzymać gotówkę, bo to najpewniejsze” (a jeszcze lepiej zamienić pieniądze na coś, np. na złoto). No i ok, ja bym to nawet zrozumiał gdyby to mówili jacyś biznesmeni czy inwestorzy… ale kiedy osoba siedząca w ezoteryce, taka która od lat powtarza że transformacja będzie już wkrótce, ludzie otworzą umysły i świat się zmieni (będzie bardziej duchowy, mniej przywiązany do materializmu), że świat materialny się nie liczy… no to tak trochę jakby… coś tu nie pasuje :D Jeśli ktoś liczy naprawdę na jakąś transformację i przewartościowanie, to chyba tym bardziej powinien najpierw sobie przewartościować. Tak, być może to nas czeka – strata pieniędzy, oszczędności… no i? Świat będzie stał tak jak i stoi od wieków, nawet wtedy :) Ludzie tracili wszystko, a potem żyli dalej i wszystko dostawali od nowa (po raz kolejny zauważam jak wiele daje czytanie wspomnień z okresu IIWŚ, jak wiele daje w zrozumieniu różnych zupełnie aspektów). „Jedyną stałą rzeczą w życiu jest zmiana”, smutny ten kto tego nie pojął. Ja natomiast nie pojmuję jak można aż tak się tym przejmować, a raczej nie pojmowałem… sprecyzowała mi książka, która (jak to często bywa) pojawiła się w moim życiu akurat w odpowiedniej chwili :) Mowa o „Największym sekrecie” (R. Byrne). Zacytuję:

„Świat jest pełen smutku.
Korzeniem smutku jest pragnienie przywiązania.
Drogą do życia bez smutku
jest wyzbycie się przywiązania”.
Anthony de Mello SJ, Rediscovering Life [Odkrywanie życia na nowo]

i dalej:

„Tylko jedna rzecz powoduje nieszczęście – to przywiązanie.
Przywiązanie pojawia się, gdy kurczowo trzymamy się czegoś ze strachu przed stratą, przekonani, że bez tego nie zaznamy szczęścia.”

Cóż, ja od dawna czuję, że przywiązanie to jest coś, od czego chciałbym się uwolnić ale chyba jestem na bardzo dobrej drodze skoro ja nie mam takich obaw ;)

***

I tylko teraz jest zdecydowanie gorzej (niż 2 lata temu) jeśli chodzi o ceny paliwa ;) Jak wtedy się cieszyłem z 1,12€, tak teraz bym się w sumie nawet z 2,12€ ucieszył XD a tu co raz trudniej poniżej 2,20€ znaleźć, a pewnie będzie gorzej*. Obstawiałem 3€ w czerwcu, ale możliwe, że się pomyliłem… i po tyle będzie już w kwietniu XD Ceny tak szybko rosną, że powstaje mnóstwo memów na ten temat…

* – a jednak moooże nie będzie tak źle (tą część notki napisałem z tydzień temu), ostatnio trochę spadło i o odpowiedniej porze, to moooże nawet za 2,02 uda mi się zatankować ;)

***

Na sam koniec jeszcze jeden cytat z „Największego sekretu”. Jest genialny i dokładnie podsumowuje to co i ja uważam. Polecam przeczytać go ze zrozumieniem, a przynajmniej z refleksją. Zwłaszcza przez tych, którym się wydaje że to oni właśnie posiedli jakąś wiedzę, a reszta to ciemne masy ;)

„Wszyscy mistycy – katoliccy, chrześcijańscy, niechrześcijańscy, bez względu na wyznawaną teologię i religię – zgadzają się w jednej kwestii: że wszystko jest dobrze. Chociaż wszędzie panuje chaos, wszystko jest dobrze. Nie ulega wątpliwości, że to wielki paradoks. Niestety większość ludzi nie widzi tego, że wszystko jest dobrze, ponieważ śpią. I mają koszmary”.
Anthony de Mello SJ, Awareness: Conversations with the Masters [Świadomość: Rozmowy z mistrzami]

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | 2 komentarze

O przemijaniu, rodzinie, przyjaciołach i ich braku i samotności… (ale nie całkiem pesymistyczna notka…)

Jeszcze coś się stało w 2021, o czym zapomniałem napisać w notce podsumowującej… – zmarł jeden k/m, założyciel grupy tu mojej regionalnej… dość niespodziewanie i nie miał jeszcze sześćdziesięciu lat (choć trochę chorował). Dla wszystkich była to szokująca wiadomość, dla mnie też była bardzo smutna, choć nie jestem tu ani tak długo ani tak bardzo nie byłem zaangażowany… ale spotkałem się kiedyś z nim dwa razy prywatnie i hmm… no miałem poczucie, że dobrze się rozumieliśmy i tak naprawdę chciałem z nim jeszcze porozmawiać…
W ogóle dużo myślałem w zeszłym roku o przemijaniu, właściwie nie wiem dlaczego, a może właśnie dlatego, że się o nim dowiedziałem i jakoś podświadomie to kierowało moimi myślami? Myślałem o tym ilu ludzi, których znałem już na tym świecie nie ma (dawni sąsiedzi, pradziadek, prababcie, dziadkowie), taki jestem sentymentalny że jednak wspominam ich i na razie jeszcze dość dobrze pamiętam wyraz twarzy pradziadka, kiedy nas rozśmieszał, ton głosu sąsiada kiedy sprawdzał mój akumulator… i… no nie ukrywam, że przykro mi kiedy pomyślę, że już ich nie spotkam na tym świecie. Czuję stratę, oczywiście. A co jeszcze gorsze, to prawdopodobnie nie koniec strat… mam jeszcze wielu starszych krewnych, a ciężko sobie wyobrazić życie bez nich… I właściwie na tym chciałem zakończyć tą notkę, dodając jeszcze jeden, jednak bardzo inspirujący cytat, który mi pomaga:

„Nawet, jeśli z jakiegoś powodu coś się kończy, odchodzą konkretni ludzie, sytuacje, relacje czy okoliczności to przecież ich echo pozostaje w nas na zawsze. W sercu, w umyśle, w przekonaniach czy choćby w rzeczach, które pozostają. Możemy z tego czerpać. To, co było, na zawsze nas zmienia i w pewnym sensie kształtuje w ten czy inny sposób.”

– tak, to z pewnością prawda. I to jest pocieszające, bo rzeczywiście mnie ukształtowali, więc nie odeszli tak całkiem :) I tej myśli warto się trzymać.

Więc chciałem na tym skończyć ale jest jeszcze inny aspekt tego przemijania, który wiąże się z tematem, o którym chciałem kiedy indziej napisać… ale w sumie czemu ich nie połączyć skoro się łączą…
No bo większość ludzi coś traci (swoich krewnych) ale i coś zyskuje (dzieci, potem ich mężów/żony, potem wnuki itp.)… u mnie prawdopodobnie będzie się działa tylko ta pierwsza część… Ale to też jest trochę taki wieloaspektowy problem (czy może po prostu wieloaspektowe zagadnienie), do którego potem wrócę, ale na razie trochę o tych dzieciach napiszę… Przyznam że z każdym dzieckiem mojego kuzynostwa, trochę mnie to boli… choć z drugiej strony wcale nie jestem pewien czy sam chciałbym mieć dziecko (im starszy jestem tym mam mniej pewności ;) )… W ogóle mnie czasem tak nachodzi że zazdroszczę ludziom ich żyć, tylko to w sumie trudno określić czego, bo jednocześnie nie chciałbym tego samego. Chciałbym chyba mieć dwa życia obok, w jednym mieć, a w drugim nie mieć dzieci, w jednym mieć zwyczajne życie i być zwyczajnym, a w drugim być jaki jestem ;) Więc co do dzieci, to w sumie którykolwiek scenariusz się spełni, to chyba nie będzie źle ;) No depresji raczej z powodu nieposiadania potomstwa nie będę nigdy miał, ale czasem trochę boli… tylko to boli raczej coś innego – chyba bardziej to, że ciężko jest ciągle nie być standardowym (i to że inni mogą tacy być i że mają lżejsze życia). Także tak, często zazdroszczę innym tego bycia kimś innym… a jednocześnie równie chyba często (a może i co raz częściej) cieszę się że jestem sobą ;) Zwłaszcza jak potem słucham historii choćby kogoś z rodziny, z perspektywy jeszcze kogoś innego… i już to się nie wydaje takie idealne życie, a co przyszłość jeszcze przyniesie to tym bardziej nie wiadomo… W sumie to że się ma rodzinę i dzieci, wcale nie gwarantuje, że się nie zostanie samotnym na starość (ani to że się nie ma, nie gwarantuje że się zostanie). No bo właśnie – oczywiście czasem mi też przemknęło że jeśli wszyscy mi bliscy będą raczej odchodzić niż dochodzić… to będę kiedyś prawdziwie samotny. I nie żeby mnie ten stan aż tak przerażał (w sumie dobrze, że na mnie padło, bo i tak jestem samotnikiem ;) dla mnie to może być dyskomfort czasem, ale są ludzie, dla których to mogłoby być prawdziwą tragedią), ale czasem myślę, że to i dla mnie może być dziwne, kiedy tak kiedyś np. w wieku 80 lat zatrzymam się i pomyślę, że nie mam nikogo, bo krewni z którymi byłem blisko już nie żyją, a to jednocześnie oni byli pośrednikami między mną, a resztą rodziny, bo ja jakoś słabo umiem pielęgnować te więzi z resztą… I o ile kiedyś uważałem, że przyjaciół można zawsze znaleźć w internecie, tak teraz… internet się zmienił. Fora upadają, wszyscy scrollują instagram i FB, a tam wszystko jest szybko i szybko przemija, blogi są już prawie tylko profesjonalne… to nie są miejsca, gdzie jest przestrzeń na poznawanie siebie nawzajem i nawiązywanie głębokich przyjaźni, czego bardzo żałuję. Nie chcę popaść w drugą skrajność i nie mówię, że nie można dziś znaleźć przyjaciół w internecie ale na pewno jest to trudniejsze niż 20 czy 15 lat temu… Dziś ostrożnie posługiwałbym się radą: „znajdź przyjaciół w internecie”. Ale żeby nie było tak pesymistycznie: nadal są kółka zainteresowań i inicjatywy sąsiedzkie, przynajmniej tu gdzie mieszkam, jeśli ktoś czuje się samotny, to na pewno można poznać życzliwych ludzi w realu z pomocą internetu. Z resztą jak miałem te takie wnioski, że może na starość będę samotny bez kontaktów nawet z rodziną… To jakoś niedługo później mama przeczytała mi swoją wymianę wiadomości z kuzynką… jak ja sobie pomyślałem, że tego nie muszę robić (tylko w nadziei, że na starość nie zostanę sam), to jednak myślę, że samotność jest niską ceną za oszczędzenie sobie tego :D I jeślibym kiedykolwiek wpadł w smutek, to sobie przypomnę czego wżyciu NIE musiałem robić – jakieś wstawanie i zabawianie dzieci, jakieś kurtuazyjne życzenia, wiadomości wnoszące mało treści itp., jakieś na siłę spotkania z rodziną i interesowanie się ich dziećmi, w ogóle to całe życie rodzinne, śluby, dzieci, kariera, to od razu mi przejdzie :D

A co do wytłuszczonego fragmentu – tak, zauważam to też co raz częściej, a to jednak bardzo pozytywna rzeczy. Ale o tym pewnie jeszcze będę wspominał w niejednej notce… (pewnie już nawet w następnej, bo jest jeszcze jeden temat, o którym muszę napisać).

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | 2 komentarze

Podsumowanie 2021

Chciałem kończyć ten rok z „inbox zero” i czystym pulpitem… poniekąd kończę, bo mam świeży system ;) ale jednak pliki nie „przerobione”… Cóż, tak wyszło – w poniedziałek padł mi zasilacz do laptopa, kabel był od dawna zmasakrowany (ze 4 razy łatany, popękany w wielu miejscach) więc miał prawo, zapas mam… ale do PL oczywiście nie wziąłem, bo pomyślałem że może akurat nie padnie, a jak padnie, to pójdę do komputerowego i kupię. Tak też zrobiłem we wtorek, ale nie było na stanie akurat do mojego modelu, miał być na dzień kolejny. A ponieważ od dłuższego czasu zastanawiałem się czy kupić nowy komputer czy może na razie wymienić dysk na SSD, zagadałem i zdecydowałem się wymienić dysk. Też miał być na środę i z klonowaniem ze starego. Jednak w środę się okazało, że stary dysk ma za dużo błędów i klonowanie się nie uda – może to i dobrze, po co klonować błędy. Więc na czwartek świeży system gotowy do pracy. No i wczoraj odebrałem (680zł z zasilaczem ale sam dysk 1TB to 520zł). Szczęśliwym trafem ostatnie kopie robiłem chyba ze 2 dni przed tą wymianą, więc luz, tyle że wiadomo – konfiguracja itp., to robota też czasochłonna. Jedynie poprosiłem jeszcze w serwisie o kopię plików z pulpitu ze starego dysku (kopii tego nie robię, bo to z założenia pliki tymczasowe i „do przerobienia” ale chyba zacznę, bo to przerabianie za długo czasem trwa ;) ) i folderu profilu Firefoxa… z jakiegoś powodu to drugie się nie udało ale to znowu szczęśliwy traf – synchronizacja online pozwoliła mi odzyskać wszystko, więc wystarczyło dodać plik chrome.css (a ten akurat miałem) i wszystko jest po staremu, a za to znowu uruchamia się szybko! Także… już nieważne te zaległości, ważne że w nowy rok wchodzę z tak szybko działającym komputerem (i przeglądarką!), że aż mi się płakać chce ze szczęścia ;) Poza tym wcześniej pozbyłem się 42 calowego telewizora z mieszkania (włączanego raz do roku – do oglądania Eurowizji :D ), zamiast tego albo kupię mniejszy (najmniejszy jak to możliwe) albo jednak nie i tylko monitor 14-15 calowy jako drugi, żeby się wygodniej jutuba oglądało robiąc jednocześnie coś innego ;) [aktualizacja: w trakcie pisania kupiłem tv 14 cali przenośny].
Ale przy tym kopiowaniu dokumentów z powrotem na nowy dysk rzuciło mi się w oczy, że coś jeszcze można by uprościć, wyrzucić, zminimalizować… po prostu niektóre foldery są dość spore, a to rzeczy, które chyba mogę odpuścić… i też to zrobię, choć już po nowym roku… No i ogólnie – ciągle mam przesyt wszystkim, chciało by się jeszcze bardziej minimalizować. Często widzę pytanie (wśród minimalistów) czy minimalizm to droga czy cel? I chodzi o to, żeby odpowiedzieć, że to droga. Ale dla mnie to jednak trochę też cel ;)

To był kolejny rok, w którym miałem sporo ekstra wolnego (np. teraz mam 4 tygodnie ciągiem) – kolejny piękny rok :) Podróżniczo też zupełnie dobrze i wszystko zgodnie z planem (a nawet poza planem zagranica w listopadzie). Pod względem zobowiązań (o których pisałem rok temu) i wewnętrznej wolności… jest lepiej ale jeszcze to nie jest to (choć dzięki temu wolnemu teraz po raz pierwszy od dawna czuję luz i odpoczynek, trochę lenistwa nawet, także jest dzień a ja nic nie muszę… nawet cały dzień, piękne, dawno tego nie było), trzeba jeszcze zmniejszyć ilość rzeczy na WOŚP, bo tak myślę sobie (aczkolwiek tak też myślę już od dawna ;) ), że coś mnie omija… lubię to, uwielbiam pakować przesyłki (a teraz Allegro InPostem super prosto i wygodnie się wysyła), ale przez to omijają mnie inne rzeczy, których być może aż tak nie lubię (bo wymagają trochę zachodu w innym sensie), ale chciałbym je przeżyć. Więc coś za coś, ale coś chyba trzeba jeszcze zmienić.
I taka zabawna ciekawostka rzuciła mi się w oczy w ostatnich dniach: większość ludzi jak gdzieś jedzie, to bierze głównie ciuchy, żeby się przebierać i elegancko wyglądać, np. jakieś kreacje wieczorowe na imprezy, takie różne. Ja ciuchów to biorę najmniej XD (zwłaszcza do PL) i czasem mi brakuje ;) i większość czasu w jednych spodniach i bluzie… chybabym nie znalazł wspólnego języka z większością ludzi ;)

Nie znalazł bym też z innych powodów… i chciałem dziś o tym napisać ale nie zdążę, więc to może w osobnej notce…

„Przeczytane” 83 książki (no wiadomo – więcej jak połowa przesłuchana w pracy…). Empik Premium jest spoko, bo kosztuje grosze, a jak się nie ma czego słuchać w pracy to coś tam znajdzie się zawsze :P Tak więc Empik Premium plus Legimi z biblioteki i się ustawiłem za grosze – wiem, jestem cwaniak, choć ktoś mógłby powiedzieć, że skąpiec :D Swoją drogą tak, mam chyba i w kwestiach wydawania pieniędzy też trochę inne zdanie niż większość ludzi.

Plany na nowy rok? – to co już wspomniałem między wierszami wyżej. I nadal: wszystkiego mniej, zwłaszcza rzeczy „do zrobienia”…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Zapytaj bezdomnego…

Jakiś czas temu obejrzałem sobie wideo „zapytaj bezdomnego”, o kimś, kto był bezdomny: link (po niemiecku) i muszę przyznać, że dało mi sporo do myślenia, bo on opowiada o sytuacji, która jest dla mnie jakaś dziwna: trafił na ulicę w wieku chyba 16 lat, matka po prostu wystawiła go z domu (sama miała depresję, borderline), przyjaciel nie przyjął go nawet na noc i tak spędził 10 lat na ulicy, chodząc do szkoły, zdając maturę, ubiegał się o pomoc w urzędach jeszcze jako niepełnoletni i też nikt mu nie pomógł… A na pytanie dlaczego nie poszedł/nie chodził na nocleg do schroniska przedstawił kiepską wizję tych schronisk, gdzie inni nocujący „pachną ulicą”, poza tym trzeba oddawać rzeczy do przechowalni, więc nikt tego nie chce itp…
No przyznam, że zachwiało to trochę moim światopoglądem, który brzmi: nie wrzucam żebrakom i bezdomnym do kubeczka, ponieważ w dzisiejszych czasach nikt nie musi być bezdomny, a jak jest to jest to jego wybór, a ja czegoś takiego nie wspieram (nie, jedzenia też nie kupuję, bo to w istocie to samo – jak kupię komuś jedzenie, to jakbym umacniał go w jego sytuacji i poczuciu, że utrzyma się na ulicy i może dalej żebrać), oraz nie przekonywało mnie, że „każdemu może się noga powinąć, że wyląduje na ulicy” – w to w Niemczech też trudno uwierzyć, bo jak się traci pracę, to się idzie na ALG I, a jak się traci prawo do ALG I i nie ma się jakichś ogromnych oszczędności/własności, to się idzie na ALG II (a ALG II znaczy że urząd opłaca rachunki i mieszkanie i dostaje się jakieś kieszonkowe na życie), więc jak w ogóle można stracić mieszkanie w tym kraju? (nie będąc oczywiście jakimś asocjalnym typem, któremu wynajmujący wypowie z powodu zachowania, a nawet wtedy zapewne urząd wskaże jakieś inne lokum).
Oczywiście pod takimi filmami jest dużo komentarzy typu: „Respekt dla niego, że mu się udało! Podziwiam”, ale pojawiły się też komentarze, że ta historia jest trochę dziwna, bo jak matka może nie wpuścić syna do domu – na to były kontrargumenty, że w sumie nie wiadomo co on robił (bo o tym w filmie nie mówi, a nie każdy był świętym nastolatkiem), a poza tym matka była chora, więc też wszystko jest możliwe. Kolejna niewiadoma – jak przyjaciel mógł zgasić mu przed nosem światło, ale i tu jest odpowiedź: był niepełnoletni, jeśli jego rodzice nie pozwolili wziąć kolegi na noc, to cóż dzieciak może na to. Dziwny jest tylko brak reakcji urzędów do spraw młodocianych itp. także tu pozostaje taka dziwna niewiadoma (choć on tam mówi, że jeśli kilkakrotnie dostaje się odmowę pomocy, to potem nie ma się już siły prosić po raz kolejny – może ma rację, a może ktoś mógłby powiedzieć, że mógł się bardziej postarać, a może historia tak naprawdę wyglądała jeszcze jakoś inaczej).
Ta historia daje mi do myślenia nie tylko dlatego, że może zmieniła moje spojrzenie (w sumie mimo wszystko aż tak nie zmieniła), ale też dlatego, a może właśnie dlatego, że uświadamia iż nigdy nie mamy pewności jaka jest prawda (czy on mówi prawdę, czy niczego istotnego nie pomija)… i chyba nigdy nie będziemy mieć i ważną dla mnie jest nauką, że trzeba żyć mimo wszystko – trzeba żyć nawet nie znając prawdy. Może niekoniecznie trzeba o każdej takiej historii mieć własne zdanie… czy w ogóle musimy mieć na każdy temat jakąś opinię? Mam takie poczucie, że nie musimy… nie muszę wszystkiego wiedzieć, nigdy nie będę wiedzieć wszystkiego ale nie muszę też być we wszystkim idealny – mogę postarać się nie unikać wzrokiem bezdomnych i żebraków, mogę być miły jeśli ktoś z nich mnie zagada (postaram się nie unikać, choć unikam nie dlatego, że patrzę na nich jak na gorszych, a raczej z dyskomfortu i lęku, choć z tych historii wynika, że to oni jednak są bardziej lękliwi), ale nadal mogę powiedzieć: nie, nie dam ci pieniędzy ani nie zrobię zakupów, ale mogę zaprowadzić/pojechać z tobą do najbliższego schroniska, bo nadal wierzę, że można to rozwiązać inaczej.

Cóż, powiedzieć „nie wiem”, to chyba i tak o dwa kroki dalej niż być przekonanym, że się wie wszystko i o wszystkim… Pamiętam tą historię o tych 5 dziewczynach, które zginęły w Escape Roomie, raz mimowolnie przysłuchiwałem się wiadomościom czy „Uwadze” czy gdzie ta historia była wtedy przytaczana… słuchałem tych rodziców, którzy szukają winnych, taki miałem niesmak trochę. To jakby szukali zemsty… ale ich jeszcze jakośtam można zrozumieć, gorszy w sumie niesmak miałem słuchając komentarzy mojej rodziny.
Ale po co w ogóle o tym oglądać programy (jak moja rodzina)? Że też ludzie tak lubią się pławić w tych tragediach i co gorsza zawsze mają na ten temat coś do powiedzenia… ok, ja też zwiedzam obozy i czytam różne rzeczy, też by można powiedzieć, że się pławię w tragediach, ale moja motywacja jest jednak inna i z pewnością nie jest to ocena (a raczej zrozumienie psychologii ludzkiej).
A weźmy wypadki drogowe. Raczej to nigdy nie jest tak, że ktoś kogoś potrąci i „o wow, zabiłem se człowieka, ale fajnie”, tylko raczej jest sam zszokowany, roztrzęsiony i przerażony. Owszem, to go nie usprawiedliwia, ale też… ja nie wiem czy człowiek powinien być karany za popełnianie błędów (może by wtedy się nie bali i nie uciekali z miejsca przestępstwa) – tzn. nie za błędy w stylu kierował i potrącił kogoś (a bardziej już za błąd w stylu wsiadł za kierownicę po alkoholu). Ale w tym temacie to dopiero można się nasłuchać komentarzy, samych mistrzów kierownicy.
No w ogóle, ciężkie tematy, nie będę się już rozwijał, ja nie jestem takim mistrzem kierownicy. I po prostu męczy mnie, że większość ludzi musi coś powiedzieć o każdej sprawie i w każdym momencie i najczęściej jest jeszcze przekonana w 100% o swojej racji.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Zabezpieczone: Grecja, Ateny (8-12.11.2021) [na hasło]

Treść jest chroniona hasłem. Aby ją zobaczyć, proszę poniżej wprowadzić hasło:

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Wpisz swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.

„Tak to już jest” – Laurie Frankel (+ moje przemyślenia o wyborze, niebinarności…)

Dawno nie czytałem książki o tematyce transseksualności… choć tu powinienem powiedzieć dysforii płci (bo Poppy może się okazać „tylko” osobą niebinarną). Tej książki byłem szczególnie ciekawy, bo to pierwsze nie-wspomnienia czy też pierwszy nie-reportaż jaki przeczytałem (no i po latach przerwy). I książka jest fajna, taka powiedziałbym „miła” – dobrze się czyta, przyjemny, nawet wesoły język (były takie fragmenty gdzie można było się uśmiechnąć), kochająca i wspierająca rodzina, otoczenie które też prawie całe wszystko akceptuje itp… to jest takie ciepłe, sympatyczne no i fajne…
To znaczy ja tak ją odebrałem, bo niektórzy w recenzjach pisali, że smutna i im się łezka w oku zakręciła… hmm… oni ewidentnie nie wiedzą jak to jest być ts jeśli treść tej książki uznali w którymkolwiek fragmencie za smutną ;) trochę inaczej na to patrzę, bo wiem jak bardzo mocniej byłoby smutno gdyby Claude/Poppy nie miała wspierających rodziców ;)
I ok – oczywiście to tylko powieść ale cała treść wskazuje jednak, że jest co raz większa akceptacja, jest co raz lepiej. Myślę, że to jest dość realne, a nie jest to tylko wymysł i powoli ludzie nastawieni bardzo negacyjnie i wrogo zostają w mniejszości, nawet w Polsce. I jest jednak duża różnica w stosunku do książek sprzed 20-30 lat. I całe szczęście.

Ale książka skłoniła mnie też do pewnych przemyśleń i to będzie na końcu notki.

Miałem dużo fiszek i cytatów zaznaczonych ale kiedy zacząłem je przeglądać pisząc opinię na GoodReads, jakoś nie wiedziałem w jakim kontekście je przytoczyć… już mi nie pasowały i wyrwane z kontekstu tracą swoją wymowę… ale tutaj do kilku się odniosę:

„- Rozumiem. Ale chłopcy zwykle nie noszą sukienek w przedszkolu – ostrożnie zauważyła Rosie. – Ani rajstop.
– Ja nie jestem zwykły – odparł Claude. Później Rosie pomyślała, że już wtedy było to prawdą.”

„Wydaje mi się oczywiste, że pięciolatek, gdyby to miało zależeć wyłącznie od niego, wybierze paznokcie w kolorze tęczy zamiast naturalnych. To normalne. Żadna dysforia. Nie czyni to z niego dziewczyny, tylko dziecko.”

– słuszna uwaga, też tak myślę, ja też chciałem i nie uczyniło to ze mnie dziewczynki ;)

„- Dzieci uczą się w szkole wspaniałych rzeczy. Że po lunch należy ustawić się w kolejce. Że w pomieszczeniach trzeba rozmawiać, a nie krzyczeć. Że nie wolno popychać innych. To z całą pewnością ważne umiejętności życiowe. Sam codziennie z nich korzystam. Ale uczą się też innych rzeczy: dostosuj się, inaczej inni przestaną cię lubić. Bądź taki sam jak inni, bo łatka odmieńca nie jest niczym miłym. W domu Claude jest kochany bezwarunkowo. W szkole bywa odwrotnie: może być bezwarunkowo niekochany.”

– tia… tu nie trzeba chyba nawet komentarza…

„(…) dzieci starsze i silniejsze od niego wciąż dręczyły go pytaniem: 'Jesteś chłopiec czy dziewczyna? Jesteś chłopiec czy dziewczyna? Jesteś chłopiec czy dziewczyna?”. Nie znał odpowiedzi, więc nie odpowiadał. A ponieważ nie odpowiadał, wciąż go pytali.”

– no właśnie, to pytanie jest najgorsze chyba właśnie dlatego, że się nie umie udzielić na nie odpowiedzi…

„(…) noś, co ci się żywnie podoba, i miej gdzieś, co myślą inni. Bo inni będą sobie myśleć niejedno. I raczej tych myśli nie zatrzymają dla siebie, a wypowiadając je, nie zawsze będą uprzejmi.”

„Poppy nie rozumiał, dlaczego wszyscy ludzie na świecie nie chcą być dziewczynkami.”

– to jest dobre – miałem tak samo tylko odwrotnie :D

„Jeśli stworzysz sobie własne postacie, nie zawiedziesz się na nich jak na prawdziwych ludziach. Jeśli opowiesz własną historię, możesz wybrać zakończenie. Zwyczajne bycie sobą nigdy się nie sprawdza, ale jeśli wymyślisz sam siebie, możesz stać się kimś, za kogo naprawdę się uważasz.”

– to jest ciekawy cytat, ale nie podejmę się interpretacji… tak tylko zostawię go tutaj…

„Nie można wyprzeć się tego, kim się jest, prawda? I czasami cię to niszczy.”

– tak. A czasami częściej niż czasami…

„Obawiam się, że nie można mówić ludziom, kim mają być (…) Można ich tylko kochać i wspierać takimi, jakimi już są.”

– to na zakończenie…

Ale nie powiem, że wszystko mi się podobało w tej książce… Chociaż nie, „nie podobało mi się” to nie są właściwie słowa. To jest po prostu nieco męczące dla mnie kiedy mam bohatera, który… nie jest jednoznacznie transseksualny – może tak to ujmę ;) Tylko że Poppy to jest dziecko, pod koniec 10 letnie, sam byłem wtedy zagubiony, więc trudno mieć pretensje… I właściwie gdzieś tam rozumiem, że to jest dobre dać człowiekowi przestrzeń, by mógł odkryć siebie bez względu na to, co odkryje. Tylko że czuję pewną… trudność w kontaktach z osobami niebinarnymi – nawet mój świat staje się wtedy nieuporządkowany ;) ALE czytając tą książkę po raz pierwszy chyba pomyślałem, że w doświadczeniu dysforii płci jest być może pewien… hm, element wyboru. No oczywiście nie robić nic, to wybór jak w diagnozie raka: możesz się zdecydować na operację i pełne leczenie i będzie to walka o jak najlepsze życie jakie możesz mieć (nadal możesz przegrać, ale w sumie rokowania są co raz lepsze), a możesz zdecydować że nic nie robisz – i szanse że stanie się cud są bardzo małe, prawdopodobnie umrzesz cierpiąc (właściwie chyba nawet w przypadku raka masz większe szanse na cud niż w przypadku odczuwania dysforii płci ;) ). Ale jak daleko się posuniesz z korektą to już może być pewien element wyboru (przynajmniej dla niektórych) – oczywiście są tacy, którzy nie poczują się dobrze nie robiąc wszystkich możliwych zabiegów, ale komuś może wystarczą ubrania i posługiwanie się innymi danymi wśród przyjaciół i akceptacja tychże? A komuś może do tego tylko hormony i zmiana dokumentów, bez operacji albo tylko z jedną wystarczy… I żądać od ludzi żeby przeszli całkowicie „na drugą stronę” bo nam zaburzają obraz świata nie jest w porządku, ani nawet nie jest racjonalne z punktu widzenia medycyny (no bo po co np. operować jeśli ktoś może żyć bez tego, może być szczęśliwy bez tego, wtedy lepiej oszczędzić organizmowi operacji). Cieszę się, że mnie ta książka pobudziła do takiego nieco innego myślenia.

Na już naprawdę koniec coś na rozluźnienie. Dodawałem opinię o tej książce i wpadłem na taką recenzję na LubimyCzytać (to tylko fragment, aczkolwiek ten zabawny):

„Miesiąc temu Polskę obiegła wstrząsająca wiadomość. W jednej z parafii do grupy dziewczynek sypiących kwiaty podczas procesji Bożego Ciała dołączył mały chłopiec. Wieść niesie, że nieszczęsny malec, zapewne opętany demonem gender, sam domagał się powierzenia mu tej jakże niemęskiej roli, a jego nieodpowiedzialna matka, zamiast zapałać oburzeniem, wpaść w histerię i zacząć organizować egzorcyzmy, jak gdyby nigdy nic uczyniła zadość jego prośbie. I zadrżała ziemia, Bóg gorzko zapłakał, a gdzieś na świecie umarła mała panda. Kto tego nie dostrzegł, ten lewak i sługa Antychrysta.”

:D :D :D

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | 2 komentarze

Bundestagswahl 2021 (i inne takie…)

Nie wiem teraz czy pisać o wyborach czy o tym, o czym wspomniałem w ostatniej notce (tej na hasło) ;) a może i o jednym i drugim, bo monitoring jest jednym z punktów programów wyborczych…

Uch, muszę szczerze przyznać, że głosowanie w wyborach w Niemczech jest o wiele trudniejsze niż w Polsce! A to dlatego że w Polsce wiele jest do zrobienia, a zrobić to może tylko lewica, więc wybór jest prosty – oddać głos na lewicę, a ta w Polsce jest tak słabo reprezentowana, że niedługo trzeba się zastanawiać. W Niemczech to wszystko jest już właściwie zrobione :D więc też wybór jest trudniejszy… co gorsza wiele partii lewicowych dryfuje gdzieś niebezpiecznie w jakąś chorą ochronę środowiska… Zieloni to już odlecieli całkiem i zaczynają mnie przerażać, a inne partie jakby podążają za nimi… Kuźwa, jak rozwiązuję testy to mi wychodzi że powinienem zagłosować na prawicę XD Nawet mi CDU w jednym wyszło! Tego bym się w życiu nie spodziewał parę lat temu :D Aż przyszło mi do głowy coś, co mi kiedyś ktoś powiedział: jak się jest młodym, to się głosuje na lewicę, a z wiekiem przechodzi się bardziej na prawo – nawet pomyślałem po raz pierwszy że jest w tym ziarnko prawdy ;) Ale to nie tak, to nie że ideały mi się zmieniły, tylko właśnie te rzeczy o które kiedyś musiała walczyć lewica (Trans-ustawa, refundacja leczenia czy małżeństwa homoseksualne) tutaj już są i nie są zagrożone, a za to lewica postuluje jakieś… dziwne rzeczy typu ograniczenia prędkości na autostradach (a czasami i w miastach do 30km/h!), rozbudowanie komunikacji miejskiej itp. No rozbudowanie komunikacji miejskiej jest miłe i spoko, jeszcze żeby do tego szło rozbudowanie infrastruktury parkingowej (a nie wręcz przeciwnie), to byłoby lepiej. I nie że ja jeżdżę szybciej niż 130km/h, bo zdarza mi się to bardzo rzadko (bo za drogo :D zużycie paliwa drastycznie wzrasta), ale właśnie dlatego wolałbym żeby inni mogli – niech se jadą, a nie że będziemy wszyscy na kupie jechać 120 czy 130km/h – zawsze jak mnie ktoś przy tej prędkości wyprzedza, to się cieszę, że mam go z głowy, a jak będzie mi na ogonie siedział, to mnie chyba szlag trafi.
Generalnie jestem wyborcą Partii Piratów (no ja wiem, że to w Polsce śmiesznie brzmi ;) ale oni naprawdę zawsze mieli pasujący mi program, a dodatkowo nie ukrywam że jestem za złagodzeniem prawa autorskiego) ale niestety nie da się na nich głosować w moim landzie (ale dobrze no, obniżenie wieku umożliwiającego głosowanie do 14 lat to też pewien kosmos :D chociaż nie razi mnie aż tak jak bycie przeciw monitoringowi, no ale rozumiem czemu oni są).
Z resztą to nie jest tak że mam coś przeciwko niektórym eko-rozwiązaniom – nie przeszkadza mi zakaz rejestracji pojazdów spalinowych od 2030r., bo i tak mój następny samochód na 99,9% nie będzie spalinowy (i nastąpi to raczej w ciągu następnych 4 lat, bo zamierzam zgarnąć dotację :D ) ale ta w ogóle jakaś taka tendencja do dyskryminacji tego, że ludzie w ogóle samochody mają… obrzydza mnie wręcz. Nie mam też nic przeciwko zmniejszeniu emisji CO2 (wręcz przeciwnie) ale podnoszenie podatków albo podnoszenie cen lokalnych połączeń lotniczych jest niepotrzebne – jak dla mnie one i tak są drogie i to na tyle, że zawsze wybrałbym pociąg, a jeśli ktoś woli zapłacić 3x tyle tylko po to żeby być kilka godzin szybciej z Hamburga w Monachium, to cóż… niech już płaci 3x a nie 6x, dla mnie to i tak frajer i się nie opłaca ;)
Dalej… partie takie ostro komunistyczne (a są takie, nawet o takich ostentacyjnych nazwach jak „Marksistowsko-Leninowska Partia Niemiec” :D ) mają fajne w programach, że zakaz firm pośredniczących (w zatrudnieniu), ale jednak granice czynszu to nie popieram (to akurat mają i inne partie lewicowe – żeby państwo regulowało jaka może być górna granica czynszu wynajmowanych przez osoby prywatne mieszkań – no nie uważam żeby w coś takiego powinno państwo ingerować, jednak to powinien wycenić rynek, a państwo co najwyżej powinno dokładać ludziom, których nie stać by ten wynajem opłacić).
Btw. inne partie mogłyby się też zainteresować tematem likwidacji firm pośredniczących, a nie pierdołami typu ograniczenie prędkości do 30km/h w miastach…
Przez chwilę pomyślałem nawet że może Basisdemokratische Partei jest jakąś opcją – niby są za demokracją bezpośrednią a to w sumie nie jest głupie… ale na stronie jakieś takie antyszczepionkowcy, a to jest dla mnie znak że jednak – no nie ;)

Teraz będzie dygresja. Kiedy tak sobie jechałem na moim urlopie, na trasie pomiędzy Stuttgartem a Friedrichshafen, to sobie pomyślałem że wstąpiłbym do Ravensburskiego muzeum puzzli, ale była 6:00 rano w niedzielę, więc było oczywiście zamknięte… Pomyślałem jakby to było miło gdyby takie miejsca mogły być zawsze otwarte… ale oczywiście wiem, że nie ma sensu opłacać pracownika/pracowników tylko po to żeby może czasem ktoś jak ja odwiedził takie miejsce o 6:00 czy 3:00 nad ranem… ale gdyby tak nie był potrzebny pracownik? Wymyśliłem taki scenariusz na zwiedzanie różnych np. muzeów: zwiedzający wcześniej wypełnia formularz, podaje konto bankowe i podpisuje zgodę na ściągnięcie z konta dowolnej sumy jeśli coś zniszczy (ok – zgoda, to może być za mało jak ktoś poda puste konto ;) więc może konieczność podania karty kredytowej albo prywatnego ubezpieczenia OC byłaby tu lepsza), następnie na wejściu aby drzwi się otworzyły – mogłyby otwierać się na odcisk palca wcześniej zdefiniowanego, ale to mało higieniczne, więc lepiej na skan tęczówki oka – wtedy wiadomo kiedy człowiek (i że to TEN konkretny człowiek) wchodzi i kiedy wychodzi. Oczywiście muzeum byłoby całkowicie monitorowane. Myślę, że to dość zabezpieczeń z którymi ja nie miałbym problemu żebym tylko mógł zwiedzić dowolne muzeum o dowolnej porze, bo czasem po prostu tak jest, że gdzieś przejeżdżam w nocy…
To jednak temat tylko lekko związany z monitoringiem – ja mianowicie chciałbym żeby każdy skrawek przestrzeni publicznej był non-stop monitorowany. KAŻDY. To znaczy kamery wszędzie po opuszczeniu… no najlepiej mieszkania, ale jestem skłonny odpuścić klatki schodowe ;) Miło by było gdyby lasy i pola też mogły być monitorowane, ale to chyba na tę chwilę niewykonalne, więc to może kiedyś, jak będziemy mieć już tak dokładne satelity ;) więc niech to będą chociaż całe miasta. Dlaczego? Bo nie byłoby żadnych przestępstw – żadnych nocą zniszczonych samochodów przez nie wiadomo kogo, żadnych kradzieży, pobić, rozbojów, bo od razu byłoby widać kto to zrobił, skąd przyszedł i dokąd się udał. Większości z tych nagrań i tak nikt by nie obejrzał – nie byłoby fizycznie możliwe żeby każdą minutę ktoś śledził i z resztą nie ma takiej potrzeby – odczytanie nagrań mogłoby następować tylko na wniosek np. właściciela uszkodzonego czegoś (np. stwierdzam rano że ktoś mi porysował samochód – dzwonię na policję, a oni po nagraniach sprawdzają kto), albo ofiary pobicia czy jej rodziny. Gdyby nic się nie stało, nagrania byłyby kasowane, kwestia tylko po jakim czasie – najpierw myślałem, że krótki typu jeden dzień wystarczy ale to jednak z pewnością za krótko – ktoś może przecież być na urlopie i nie zauważyć uszkodzenia samochodu, a rodzina czy znajomi zaginionej osoby też niekoniecznie od razu odkryją, że jej nie ma… więc lepiej jakby tak z rok (albo chociaż pół) te nagrania były zachowane. Czy nie przeszkadzałoby mi, że byłbym ciągle monitorowany? Nie, nie przeszkadzałoby, a tobie aż tak przeszkadza, że ktoś może zobaczy jak dłubiesz w nosie albo drapiesz się po jajkach? Hej, wszyscy to czasem robimy, tak – to trochę krępujące ale nikt ci za to głowy nie urwie ;) A może robisz coś gorszego? No ja też czasem lubię XD ale coś za coś, tu się można ograniczyć. Tak samo jak z przechodzeniem na czerwonym świetle.

Wracając do wyborów… ja już głos oddałem – korespondencyjnie. Wybrałem taki sposób, bo nie bardzo chce mi się pół niedzieli spędzić być może stojąc w kolejce przed lokalem wyborczym – tak myślę, że może być kolejka ze względu na koronę i te odstępy… Poza tym oddając głos korespondencyjnie, przynajmniej dostałem całą listę partii i kandydatów i mogłem spokojnie, dokładnie wybrać. No nie powiem, że przeczytałem wszystkie programy wyborcze – wiele z nich miało np. po 65 stron A4, po niemiecku… żeby przeczytać je wszystkie, to potrzebowałbym chyba z rok ;) a miałem tylko 2 tygodnie (minus czas na dojście listu z wynikami…), ale prześledziłem powiedzmy kilka programów partii, ku którym najbardziej się skłaniałem, a jeszcze kilku więcej przeszukałem pod kątem słów: „ograniczenie prędkości”, „ograniczenie czynszu”, „monitoring” i coś tam jeszcze, czyli kryteria, które w tej chwili są dla mnie najważniejsze. Cały przeczytałem tylko program partii, na którą zagłosowałem. Wybrałem małą partyjkę, która pewnie nie ma szans, więc będę kontynuował tradycję z Polski pod tytułem: „co na kogo zagłosuję, to on od razu odpada” :D No cóż, ale przynajmniej mam poczucie, że się przyłożyłem i wybrałem najlepiej na miarę możliwości.

Partia Humanistów – partia, która powołuje się na humanizm ewolucyjny, postuluje racjonalność i wspieranie tylko tego co jest mierzalne i da się udowodnić naukowo. Dodatkowo popierają eutanazję, aborcję na życzenie do 20 tygodnia, zniesienie ograniczeń w handlu oraz legalizację surogacji, zrównanie pracy seksualnej – to z wikipedii, a z programu bezwarunkowy dochód podstawowy! (i żadnych odgórnych limitów na autostradzie, określania granicy czynszu itp., no wprawdzie coś tam o „możliwie wolnych od samochodów miastach” mają, ale ogólnie całość nie brzmi tak niezdrowo jak u innych). No i jeszcze pragną „poszerzyć tradycyjny obraz rodziny oraz żądają całkowitej prawnej równości jednopłciowych par łącznie z adopcją”. Eutanazję też mają w programie i zniesienie lekcji religii na rzecz etyki. Niestety odrzucają monitoring „po danych biometrycznych” (cokolwiek przez to rozumieją), no ale w obliczu reszty programu chyba mogę to przełknąć ;) (chyba muszę, z resztą jeśli odrzucają „po danych biometrycznych” to może taki zwykły monitoring jaki ja opisuję jednak by dopuścili… tak się pocieszam :D). Są też bardzo proeuropejscy. Ogólnie bardzo mnie się podoba o co postuluje ta partia (i okazuje się, że jednak nawet tutaj jest jeszcze coś do zrobienia ;) idealnie ujęli wszystko, o czym zapomniałem).

Btw. bezwarunkowy dochód podstawowy, to kolejne ciekawe zagadnienie, które może by było warto kiedy indziej poruszyć…

W każdym razie w taki to oto burzliwy sposób przedstawiało się moje oddanie głosu w tych pierwszych tutaj w mojej historii wyborach ;) i choć trudniej było niż w Polskich wyborach, to satysfakcja też większa.

A tymczasem w Polsce: Ostatni dzwonek na udzielenie odpowiedzi Brukseli. „KE czeka do jutra” – ech… lata świetlne.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | Jeden komentarz

Zabezpieczone: Jezioro Bodeńskie, Szwajcaria, Lichtenstein (Vaduz), Rothenburg ob der Tauber… (na hasło)

Treść jest chroniona hasłem. Aby ją zobaczyć, proszę poniżej wprowadzić hasło:

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Wpisz swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.

„tam zawsze będziecie gorsi” …???

Zacytuję sobie z Niebieskiego Forum, bo to jest tak dobre:

B.:
„Rozmawiałyśmy ostatnio z mamą o planach na przyszłość i ponownym wyjeździe za granicę. „Tu jednak jesteście u siebie, a tam zawsze będziecie gorsi.” Powiedziała tak, popatrzyła na nasze miny, po chwili wczytu doszło do niej i dodała „No tak, co ja pierdolę”. XD „

– :D :D :D

Swoją drogą taki zbieg okoliczności, bo dzień później dostałem info o tym, że się mogę zaangażować w pomoc przy komisjach wyborczych, jak każdy obywatel (ale chyba tylko nowi dostają takie info listownie :P ), bo w tym roku wybory! Na które oczywiście, ależ oczywiście, że pójdę! Nie po to się starałem o obywatelstwo żeby teraz nie iść! ;)
Swoją drogą jak to miło, że wreszcie mogę dodać tag „wybory” chociaż nie piszę o polskich wyborach :D

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Jeden komentarz

test osobowości, WOŚP 2021

Znów sobie zrobiłem test osobowości, tym razem po polsku, i już myślałem, że mi coś innego niż ostatnio wyjdzie, a jednak nie: INFJ-A:

Umysł:
4% Ekstrawertyk – 96% Introwertyk

Energia:
55% Intuicyjny – 45% Realistyczny

Natura:
44% Kierujący się logiką – 56% Kierujący się zasadami

Taktyka:
65% Planujący – 35% Poszukujący

Identyfikacja:
63% Asertywny – 37% Czujny

może to tylko trochę inne proporcje niż kiedyś (ale chyba czasami bywam INTJ ;) ).

Edit: a jednak to trochę inny typ niż kiedyś, jeśli to nie błąd ;)

—–

W tegorocznym 29 finale WOŚP na moich aukcjach Allegro zebrałem dla WOŚP 2338,48zł co stanowi pewne poprawienie rekordu z 27 finału… ale jak wspominałem – nakład energii, czasu itp. jak dla mnie nie jest tego wart i na pewno coś zmienię. Planuję może raczej mniej, a cenniejszych rzeczy. Na pewno już nie taką ilość…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Pornhub i te inne

To nie będzie grzeczna notka, bo mi się frustracja długo zbierała ;) Będzie niegrzeczna, brzydka, a nawet wulgarna choć na ogół to nie jest w moim stylu. No i trudno, raz można.

Jak z Pornhuba zniknęły wszystkie amatorskie klipy wideo użytkowników niezweryfikowanych (czyli większości) to troszkę tak się podśmiewywałem – no bo co to? nie ściągłeś se ulubionych pornosów na dysk? to masz za swoje! :D ja ściągam :D Ściągam wszystko co lubię i co się da, bo a któż to wie – może mi internet padnie kiedy akurat będę miał ochotę na konkretny filmik, a może przyjdzie przenocować w miejscu bez internetu, a może po prostu pójdę do sypialni czy łazienki gdzie wi-fi nie działa już tak dobrze… a może właśnie autor usunie (to się czasem zdarza), no generalnie ściąganie ulubionych filmów uważałem zawsze za konieczne (a poza tym wygodne, bo wygodniej pokatalogować na dysku w folderach i poopisywać sobie tak, żebym wiedział co to i czemu to lubię, żeby wystarczył jeden rzut okiem i: „ach to ten film i ten dziś chcę”) i jak widać zaprocentowało – ja chyba niczego nie straciłem ;) Oczywiście nie żebym popierał takie idiotyczne argumenty na usuwanie, ale to za chwilę.
Natomiast w niedzielę, to już wkurzyłem się nielicho jak się okazało że na jednym portalu, i to na tym na którym byłem najbardziej aktywny, zniknęły WSZYSTKIE moje treści z mojego profilu – nie oszczędzili nawet zdjęcia i tła profilowego. No żesz cholera, to nie można było najpierw poprosić o weryfikację, a dopiero potem usuwać mi zdjęć i filmów? No dobrze no, to że mi wszystko wyj**ali w kosmos, to jeszcze nie jest koniec świata – wszak jasna sprawa, że swoje materiały też mam elegancko poukładane (no przynajmniej tamte są poukładane elegancko, bo setki megabajtów nowych czeka jeszcze na swoją kolej…), fakt że one już miały swoje wyświetlenia i takie miłe komentarze, których trochę szkoda… ale no w sumie wtedy kiedyś mnie to podjarało, więc spełniły swoje zadanie tak czy inaczej :P Samo zweryfikowanie się to dla mnie też nie jest aż taki problem – nie mam schizy że o Boże cośtam, zrobię to pewnie. Ale po pierwsze wszedłem tam w niedzielę w nastroju na długą sesję zakończoną samozadowoleniem, a jak to wszystko zobaczyłem, to od razu mi się odechciało XD (a naprawdę takie miałem plany, akcesoria przygotowane, w sumie planowałem sesję na kamerkach na żywo, więc to już w ogóle). Po drugie wielu ludzi tego nie zrobi (nie zweryfikuje się) i stracimy bezpowrotnie mnóstwo fajnych amatorskich nagrań, a co w zamian dostaniemy? Filmy profesjonalne – czyli te z babami z cyckami, które wyglądają jak przyklejone do ciała… (a ja chociaż wolę chłopców, to w porno lubię kobiety… ale no nie takie sztuczne), z resztą to się tyczy każdej dziedziny porno – hetero czy gejowskie, ja chyba tylko amatorskie oglądam. Zerknąłem nawet na te pornosy zweryfikowanych profili z transami k/m… i wtedy to już całkiem ciężko było coś z siebie wykrzesać XD Zrujnowali mi wieczór :P No a jak wszedłem żeby się może zweryfikować… no spoko tylko wtedy muszę wrzucać płatne treści. Także nie wiem, może zmienię jednak portal, bo nie podoba mi się taki wymóg, a dlaczego nie mogę dzielić się swoimi filmami za darmo? Chyba są jeszcze takie portale? (tam też jakoś można te darmowe wrzucać… ale właśnie tak jakoś te darmowe to strasznie krótkie, nic tam ciekawego już chyba dla siebie nie znajdę, więc chyba podziękuję temu portalowi ostatecznie). Chociaż może to znak, że już powinienem zacząć na tym zarabiać? może wszechświat tym mi właśnie daje znaki? ;) w sumie jakby jakoś tanio udostępnić, to może wpadnie parę groszy, a zawsze to jakaś kasa za free. Pomyślę. No tylko czy z kolei nie wymagają jakiejś super jakości…

No ale wróćmy do początku całej tej porno-afery.
„The Children of Pornhub” (jakby Wam też stronę zasłaniał komunikat o loginie, to można treść po prostu skopiować i przeczytać z notatnika ;) ) – noo jeśli czyjeś życie się załamuje, bo film porno z nim trafił do internetu, to jest to bardzo smutny komentarz na temat dzisiejszego świata, no bo jak to? Fapać do kogoś to można, ale żeby go szanować, to już niee… Tak to wygląda? Serio? Nosz k… ty powinieneś/powinnaś po rękach całować tą osobę, że Ci zapewniła trochę przyjemności, a nie jeszcze nie szanować!!! :[ No k…, serio to jest takie ważne kto, kiedy, z kim, w jakiej ilości, w jaki sposób (jeśli nie krzywdzi nikogo i nie – „krzywdzenie” siebie się nie liczy), ile razy, za jakie pieniądze uprawia seks? Serio?! Po tym oceniasz człowieka? No brak mi słów. Że tak sparafrazuję ten cytat: „Bóg nie zapyta o Twoje wyznanie, zapyta o Twoją MIŁOŚĆ do bliźniego.” – osobiście uważam (choć wiem, że wielu ludzi się ze mną nigdy nie zgodzi), że o seks i porno też nie zapyta, ale miłość do bliźniego ujawnia się także w szacunku do niego nawet gdy ten jest aktorem porno albo prostytutką. I nawet kiedy robi to z przyjemnością!
Treści z tego linka skomentuję jednak za chwilę po polsku (a może będę skakać między jednym a drugim). Jednak trochę po tym newsie ukazał się ten, więc jednak są jeszcze normalni ludzie. Sam bym tej dziewczynie pomógł, gdyby była z okolicy. Bo w ogóle… że w ogóle potrzebuje pomocy ktoś tylko dlatego że porno z nim ujrzał internet, to ten świat jest chory. Kiedyś miałem jakieś wątpliwości co do siebie – co by było gdyby ktoś znajomy zobaczył moje? tak teraz już nie mam – no co by miało być? Albo by uznał, że to jest cool, albo co mnie obchodzi opinia kogoś, kto w pornosach widzi coś złego? Albo nawet nie tyle w pornosach, co w występowaniu w nich. W ogóle nie chce mi się z kimś takim gadać.
Dobra, teraz ten polski link: „Pornhub usunął ponad 10 mln filmów. To efekt wielkiego skandalu”:
„Jest jednak druga strona firmy: to witryna pełna filmów z gwałtami. Monetyzuje gwałty na dzieciach, filmy z ukrytych kamer przedstawiające kobiety biorące prysznic, treści rasistowskie i mizoginistyczne, a także nagrana duszonych kobiet z plastikowymi torbami na głowie. Gdy wpiszemy w wyszukiwarce frazy „dziewczyny poniżej18 lat (bez spacji) lub „14lat”, otrzymamy ponad 100 tys. wyników. Większość z nich to nie treści pedofilskie, ale takie również tam znajdziemy.”
– nigdy nie trafiłem (a sprawdzałem ale ok, nie twierdzę, że nigdy takie się tak nie zdarzyły). Poza tym skoro „większość z nich to nie treści pedofilskie”, to o co chodzi? Znaczy nie zrozumcie mnie źle, oczywiście pedofilia powinna być kasowana, ale w tym artykule w Timesie mają problem nawet właśnie z tym, że:
” A search for “13yo” generates 155,000 videos. To be clear, most aren’t of 13-year-olds, but the fact that they’re promoted with that language seems to reflect an effort to attract pedophiles.”
– serio? Macie ich za aż takich idiotów? Przecież to szkoda czasu na oficjalnych stronach szukać treści pedofilskich, pedofile to siedzą na TORze czy tam jeszcze Bóg wie gdzie, kiedyś można też było takie treści przez p2p znaleźć, a teraz to nie wiem. A to całe „promowanie takiego języka”, heh… czy to się komuś podoba czy nie, jest w pewnym sensie ewolucyjnie zakodowane, że młoda partnerka pociąga większość… no a chyba to lepiej że ktoś się podjara kobietą pełnoletnią która wygląda na mniej niżby miał faktycznie jakichś nastolatek szukać?! Bo przecież zakazy nie sprawią, że młode przestaną pociągać. Dalej… „treści rasistowskie i mizoginistyczne” – no śliska sprawa. Tak, to jest rasistowskie kiedy się uważa, że czarnoskórzy to zawsze mają duże penisy i tak się ich postrzega (mimo że to zdaniem wielu białych facetów jest zaleta, nie – to jest faktycznie rasistowskie), ale w porno… to jest fetysz dla wielu ludzi i to po obu stronach (także dla tych czarnoskórych, którzy mają duże penisy i lubią uprawiać seks z białymi kobietami, więc…). I tak – w porno jest dużo treści mizoginistycznych, ale znowu: jeśli kobietę podnieca bycie poniżoną, to jakie filmy ma oglądać jednocześnie wykluczając te w których… kobieta jest poniżona? Ja rozumiem, tu chodzi o weryfikację i nie neguję tej akcji… tylko że to wszystko nie tak powinno być uzasadniane i nie tak powinno się odbyć. A te kobiety z „torbami na głowie”… asfiksjofilia to też popularny fetysz, nawet jeśli niebezpieczny. Przecież nie można prewencyjnie zabraniać wszystkiego tylko dlatego że może być niebezpieczne. Jedzenie może być niebezpieczne – można się udławić.

„W przeciwieństwie do YouTube’a Pornhub umożliwia pobieranie takich filmów bezpośrednio ze swojej strony.”
– lol, i to robi jakąś różnicę? Ściągnąć film z YT to kilka kliknięć, a na tych wszystkich Pornhubach i xHamsterach to ja przez długi czas nawet nie wiedziałem, że jest opcja pobierania bezpośrednio, bo jak widzę na którejś z dziesiątek porno stron ciekawy film, to klikam swoją wtyczkę a nie szukam przycisków czy linków do ściągania :D bo szkoda czasu w ogóle rzucać okiem w poszukiwaniu tych linków do downloadu, tyle tych porno stron jest. Ale jeśli ktoś myśli, że taką wielką różnicę robi przycisk „Download” to… ok, niech tak myśli dalej XD Faktycznie jakby to miało coś zmienić, to zabrać tą opcję, dla mnie i tak nie ma znaczenia ;)

„Visa i Mastercard zrywają współpracę”
– Visa i Mastercard mają u mnie minusa jak stąd do Warszawy i z powrotem.

Ale już najgorsze co w tych artykułach przeczytałem, to to:
„It has also compiled a list of banned content. I obtained a copy of this list, and it purports to bar videos with terms or themes like “rape,” “preteen,” “pedophilia” and “bestiality” (it helpfully clarifies that this “includes eels, fish, octopus, insects”). Diapers are OK “if no scatophilia.””
– znaczy no spoko, wiadomo że to treści zakazane te z początku (chociaż jak „rape” jest udawany, niechby nawet nagrany przez te profesjonalne firmy, to co wtedy? między 31 a 57% kobiet, bo nawet nie mężczyzn, ma fantazje o gwałcie, a teraz nawet nie można wyszukać takich filmów? no heloł?!), ale chodzi mi o ostatnie zdanie. Ok, scat to jest dla mnie wyjątkowo odpychający fetysz, chyba najbardziej… ale kurcze, przecież nikogo nie krzywdzi. I nie wciska się jak ktoś nie chce, można znaleźć takie filmy, ale trzeba szukać, inaczej nie są nachalne. Więc co to kurde ma być że strona porno wartościuje fetysze?! Poważnie?! Strona porno???!!!! Poczułem się zniesmaczony tym zachowaniem daleko bardziej niż tym fetyszem (coś w rodzaju, parafrazując: „Nie podzielam twojego fetyszu, ale po kres moich dni będę bronił twego prawa do jego praktykowania.” ;) ).

Wracając do kwestii weryfikacji… że tylko ludzie zweryfikowani powinni móc wrzucać filmy – w sumie dla mnie jako potencjalnego aktora i producenta to nawet spoko opcja :P ja bym się zweryfikował i tym samym może zmniejszył konkurencję ;) Ale no raczej nie na portalu który już tylko na płatne treści stawia (bo po prostu nie popieram takiej idei). Więc trza będzie jakiś research zrobić i wybrać może jakiś inny… (tyle że Pornhub też mnie zniechęca, bo patrz wyżej). Choć przyszło mi też do głowy, że marzy mi się założyć portal porno, który by był wyłącznie za darmo, tylko za darmo, wszystko by było na nim obowiązkowo za darmo i żadni zarabiający na filmach nie mieliby tam wstępu (od razu byliby wywalani i blokowani pragnący na filmach zarabiać) – to też fajna inicjatywa :P tyle że oczywiście serwery kosztują… i niekoniecznie darowizny pokryłyby wydatki… Ale marzenie jest ;)

Jeszcze taki fragment z artykułu:
„“They made money off my pain and suffering,” an 18-year-old woman named Taylor told me. A boyfriend secretly made a video of her performing a sex act when she was 14, and it ended up on Pornhub, the police confirmed. “I went to school the next day and everybody was looking at their phones and me as I walked down the hall,” she added, weeping as she spoke. “They were laughing.””
– cóż, że nastolatki to idioci, to nie jest nowość. Może nawet nie tyle idioci, co po prostu wyśmiewają wszystko co możliwe. Ale że dorośli ludzie zachowują się podobnie, to jest to szokujące, zniesmaczajace i odpychające.

„She thought, “I’m not worth anything any more because everybody has already seen my body,” she told me.”
– no i kto jej takie idiotyczne przekonanie wpoił? No kto?! :[ Porno niszczy ludziom życie – och Boże, to może nie niszczcie tym ludziom życia, to ich życie nie będzie zniszczone?!!!
Jestem tak zły, że nawet mnie nie obchodzi czy ktokolwiek podziela moje zdanie. Wolę być sam jeden odosobniony w nim, niż podzielać jakieś durne normy moralne całej reszty.
A jeszcze mi się przypomniało że czasem np. na jakichś portalach pod profilami aktorek porno widziałem komentarze w stylu: „Ciekawe czy rodzice są z niej dumni?” – noo 10000000x bardziej byłbym dumny gdyby moja córka była aktorką porno niż gdyby wygłosiła pod czyimś profilem taki komentarz (wtedy to z pewnością nie byłbym dumny, uznałbym za porażkę wychowawczą, że nie przekazałem dziecku podstawowego szacunku do innych ludzi, natomiast jeżeli z szacunkiem do innych wykonuje jakąkolwiek pracę zarobkową, to ani to nie jest w mojej opinii powód do dumy ani /tym bardziej/ do wstydu). I tyle.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Podsumowanie 2020

Większość ludzi powie, że to był okropny rok (wiadomo czemu – bo korona i wszystkie z tym związane trudności) i na szczęście już się kończy i oby następny był lepszy… a dla mnie to był… piękny rok, w którym miałem 6 tygodni jakby dodatkowego urlopu (i dlatego właśnie był taki piękny :P ), nie 100% płatnego, ale prawie, i jak się pracuje na zmiany to ja tej różnicy właściwie nie odczułem, a 6 tygodni siedziałem sobie w domu i ogarniałem życie ;) I czas miałem jeździć do polskiego sklepu rowerem, czas się zatrzymać i odpocząć… Dla mnie to ważne. Czas dla siebie jest ważny, najważniejszy.
Podróżniczo… też właściwie zrealizowałem swoje plany – egzotyczna wycieczka kiedy jeszcze u nas była zima – tak jak chciałem (i kiedy jeszcze było można ;) ), a latem (no jesienią) krajowa. Wszystko tak jak planowałem. I kilka wypadów weekendowych, także jest naprawdę dobrze pod tym względem mimo takiego roku. Nie no, serio, ja nic negatywnego nie poczułem tylko wręcz przeciwnie. Aż wstyd pisać, bo ludzie w depresję popadają i pracę tracą (podobno). Aha, ja dostałem umowę na czas nieokreślony – tego się w ogóle w takim roku nie spodziewałem :D Czy to dobrze czy niedobrze, to nie wiadomo – jak w tej przypowieści z początku notki. Ale w tym roku też nie chce mi się pisać o pracy. Otwieram notkę sprzed roku i podsumowuję kolejne kwestie.
Najważniejsze osiągnięcie, to wiadomo: obywatelstwo. Przeczytałem 70 książek… no „przeczytałem” to za dużo powiedziane :P może bardziej „poznałem treść” ;) bo odkryłem że zmiana druga i trzecia świetnie się nadają do słuchania ebooków w opcji Text-to-speech ;) (tym trudniej mi teraz czytać tradycyjne książki, skoro ebooka mogę czytać, a kiedy akurat nie mogę, to puścić sobie żeby czytnik mi czytał). I po raz pierwszy od dawna tak trochę mi „wychodzą” książki do przeczytania – takich których chcę przeczytać i posiadam zostało kilka, może 10, może max kilkanaście… kilka książek chcę przeczytać (przesłuchać) ponownie, a potem trzeba będzie się przemóc i kupować ebooki ;) Ale najpierw napiszę do Allegro zapytanie co to w ogóle za idiotyzm, że nie można tam odsprzedawać ebooków – dla mnie to oburzające (tak, to nie za mocne słowo). Mogę przecież kupić książkę papierową, zeskanować ją i odsprzedać i wszystko jest super, natomiast nie mogę kupić ebooka, odsprzedać go i skasować? Ludzie już w tej walce z piractwem fiksują całkowicie. A serio – prędzej zrobiłbym sobie skan i odsprzedał książkę (zrobiłem tak z kilkoma) niż odsprzedał ebooka, którego równocześnie bym zatrzymał (tak nie zrobiłem nigdy i to wydaje mi się nie w porządku).
Jeśli już mowa o Allegro, to płynnie przejdę do kilku słów o przesyłkach. O tym nie pisałem już dawno, ale właśnie przed chwilą uporządkowałem dowody nadania starych przesyłek, to raz sobie znowu zanotuję ;) W 2018 (tak, jeszcze z wtedy miałem kwitki) wysłałem (no nie wszystko osobiście) 40 paczek, natomiast w 2019 już tylko 27 (ale i co 28 poleconych i co najmniej 28 przesyłek kurierskich oraz dużą ilość listów zwykłych), to dlatego że Poczta Polska przestała być konkurencyjna dla przesyłek kurierskich. W 2020 wysłałem 18 poleconych, co najmniej 28 kurierskich (nie na wszystkie miałem drukowane potwierdzenia, więc nie policzę dokładnie, 20 paczek i znów niezliczoną ilość listów zwykłych ;) ). I zaprawdę powiadam Wam, muszę z tym skończyć. Tzn. nadal bardzo lubię pakować, ale całe to fotografowanie, obsługa przedmiotów… no nie chce mi się już, chyba się starzeję ;) Wolę sobie konsumować YouTuba i grać w smoki na komórce (Merge Dragons – się wciągnąłem :D ). Znaczy fajnie wystawić coś na WOŚP… ale pójdę raczej w małą ilość droższych przedmiotów niż dużą tańszych – efekt będzie podobny tylko mniejszy nakład pracy. I ogólnie nadal – jak najmniej przedmiotów, jak najszybciej pozbywać się zbędnych, a teraz dochodzi jeszcze: nie trzymać za dużo (najlepiej nic) na WOŚP (a i tak coś się pewnie znajdzie na WOŚP pod koniec roku, więc nie trzeba tego trzymać cały rok).
A co do minimalizmu – wymieniłem w tym roku meble w salonie – bo tak mnie naszło, żeby były bardziej minimalistyczne ;-) I jestem zadowolony, teraz podoba mi się bardziej. Znaczy te stare kiedyś też mi się bardzo podobały… nadal mi się podobały ale już nie tak bardzo, a nowe podobają mi się bardziej ;) Kosztowało mnie to… no właśnie wyrzuciłem już wyliczenia, ale chyba coś koło 250€ mi wyszło odliczając to co odzyskałem na odsprzedaży starych (IKEA Besta, białe, fronty z połyskiem, część używana – wiem, miałem już białych mebli nie brać, bo się brudzą, ale nie mogłem się oprzeć :D ), w ogóle lol, bo fronty były o połowę tańsze w Polsce (więc tak kupiłem :P ), ale już np. półki były droższe (więc kupiłem u siebie :D ).
Co tam jeszcze podsumowują minimaliści… ;) wydatki odzieżowe ;) No to w zeszłym roku kupiłem buty zimowe (używane) za 15€ i Buff za… 18$ + 24$ (przesyłka). No wiem, chyba to nie było aż tyle warte :D ale ja się uparłem na konkretny wzór Buffa i mieli go tylko w USA z drogą przesyłką :P Ale poza tym nie kupiłem nic więcej, bo jakoś nie mam potrzeb odzieżowych ;) a wszystkich innych też mało.

Postanowienie na przyszły rok… no teraz to już nie robię chyba żadnych ;) Ale mocno jestem nastawiony na jeszcze większą wolność od tych wszystkich „zobowiązań”, które sam sobie narzucam – ogólnie jest z tym lepiej ale jak co roku od kilku lat: początek roku lepszy, potem trochę gorzej. Niby jakiśtam bilans odpoczynku i relaksu jest nie najgorszy, ale ostatnie dni, to znowu czuję presję czasu, że już zaraz wyjeżdżam, a tu jeszcze tyle trzeba ogarnąć (te aukcje itp.). Jak już wrócę do siebie, to dopiero wtedy będę odpoczywać – po świętach :D No ale kwarantanna, to też spokój, już się cieszę ;)
Aa, no i planowałem sobie zaszczepić się na covid jak najszybciej – bo tak! :D a tak z przekory! :D Aż tu usłyszałem nową teorię: pierwsze szczepionki będą jeszcze niegroźne, żeby ludzi nie zniechęcać. Aaach taak… To czy ktoś mógłby powiedzieć mi, będę wielce zobowiązany, kiedy już wejdą te trefne? Żebym wtedy mógł się zaszczepić :D Chociaż i tak, przekonany na 1000000% o tym jestem, będzie jakaś nowa teoria czemu mi nic się nie stało ;) No cóż, takie życie, inaczej byłoby zbyt nudno ;) A swoją drogą jak widzę tą reklamę o noszeniu maseczek, to zażenowany jestem, że w ogóle trzeba taką puszczać. Tak sobie myślę że zamiast na taki komunikat społeczny wydawać kasę, powinni na edukację – co by dzieci uczyć weryfikacji źródeł, bo to chyba tej umiejętności brakuje co raz większej liczbie ludzi posługujących się internetem…
Wracając do tego odpoczynku po świętach – właściwie moim głównym celem jest teraz żeby na takich świętach czy urlopie właśnie odpoczywać, a nie tylko ogarniać różne inne, często sobie samemu narzucone, sprawy.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano | Jeden komentarz

Obywatelstwo (cz.2) + zmiana dokumentów

Tutaj część 1, a teraz jak obiecałem będzie kontynuacja.
Czekałem tak sobie od stycznia, nastały czasy korony, całe tygodnie wolnego, byłem całkiem pewien, że nie przedłużą mi umowy. A jednak! Moja umowa została przedłużona, więc czym prędzej dosłałem ten dokument. I czekałem kolejne ponad 2 miesiące aż dostałem maila (wcześniej telefon, ale nie mogłem odebrać), że mój wniosek o obywatelstwo został rozstrzygnięty pozytywnie, proszą o kontakt w celu ustalenia terminu odbioru. Zadzwoniłem, umówiłem się (akurat zaraz potem miałem mieć urlop, ale udało się jeszcze wcisnąć przed nim ten odbiór). Normalnie akt nadania obywatelstwa odbiera się na uroczystości wraz z innymi kandydatami, gratulacjami itp. ;) ale w tym roku przez pandemię jak wiadomo nic nie jest normalnie, dlatego ja swój odebrałem po prostu w urzędzie. Trochę nie wiedziałem jak się na to ubrać ;) to niby tylko zwykła wizyta w urzędzie, więc garnitur to chyba nie bardzo, a z drugiej strony jednak jest to jakaś podniosła chwila… więc wybrałem najlepsze jeansy i sportową marynarkę oraz koszulę – tak pomiędzy strojem codziennym, a eleganckim :P I chyba był to dobry wybór. Była to też moja pierwsza wizyta w urzędzie od czasu korony – z maseczkami, dezynfekcją rąk na wejściu do pokoju itp. Oczywiście najpierw labirynt – to wiadomo ;) (ale wychodząc tym razem mi się chyba udało nie błądzić), potem miła pani znów pytała o Freizügigkeitsbescheinigung (w sumie przez telefon facet z którym umawiałem termin poprosił żebym to przyniósł jeśli jeszcze mam, jeszcze miałem więc przyniosłem), oddałem – od lat nieważny dokument, ale to chyba miało być tak uroczyście, że oddaję go, bo już mi nigdy nie będzie potrzebny – teraz jestem obywatelem i mam prawo tu przebywać dożywotnio bez żadnych warunków ;) Następnie zakomunikowała mi, że nabywam dzisiaj obywatelstwo, moje drugie (co ma swoje plusy i minusy np. takie że w kraju, którego obywatelstwo pozostawiam ambasada mi nie pomoże i podlegam jego ustawodawstwu – kiwam głową na co pani: „Ale to pan pewnie wie” – nie wiem czy wiem, ale to w sumie logiczne ;) ), wytłumaczyła mi, że zanim wystąpię o dowód koniecznie mam przeczytać załączone strony dotyczące dopasowania nazwiska do ustawodawstwa tego kraju. Potem miałem jeszcze powtórzyć po niej, że „Przyrzekam uroczyście przestrzegać konstytucji i wartości RFN…” Na końcu spytała czy mam konstytucję, chciałem mówić, że nie ale jest w internecie, ale po „nie…” dostałem ją po prostu w prezencie ;) No ok. I to by było na tyle. Mało uroczyście wyszło, no ale cóż, takie czasy ;)

Tu by opis mógł się kończyć i kończyłby się (no może jeszcze napisałbym o dowodzie) gdyby nie te imiona i ich zmiana…
A więc potem miałem urlop – przez 3 tygodnie nie robiłem nic. A potem umówiłem się do miejscowego Urzędu Stanu Cywilnego dopasować imiona i nazwisko. Bo to jest tak, że mam dwa imiona w sumie całkiem tutaj zrozumiałe, zapis drugiego nawet też przechodzi bez problemu (chociaż tutaj pisze się raczej inaczej), ale w pierwszym ludzie zawsze robią błąd – właśnie dlatego, że różnica miedzy polską, a zagraniczną formą jest minimalna… ale jest. Jako że ZAWSZE mi robili błąd, a ja jednak zamierzam tutaj spędzić życie, a nie w Polsce (gdzie z resztą jest to na tyle rzadkie imię, że połowa też je z błędem zapisuje ;) swoją drogą tutaj jest to jedno z 10 najpopularniejszych co roku imion :D także rozrzut spory ;) ), postanowiłem dopasować formę do obowiązującej tutaj. A ponieważ zrobiłem to z pierwszym imieniem, uznałem że drugie zostawiać przy tym po staremu to jakoś tak głupio i drugie też zdecydowałem dopasować. Takie czasy, że termin trzeba wszędzie, więc umówiłem go i poproszono mnie o przesłanie mailem aktu nadania obywatelstwa i aktu urodzenia wraz z tłumaczeniem. Spoko – akt obywatelstwa to nie problem, a co do aktu ur., to pewien byłem że urzędnik nie doczyta… i oczywiście dostałem maila zwrotnego, że mam przynieść prawidłowy akt na termin, bo przesłałem niewłaściwy :D Chciałem nawet odpisać i tłumaczyć, ale dałem sobie spokój, zabrałem ten sam akt i osobiście wytłumaczyłem, że to niestety jest prawidłowy akt, a ja jestem ts i tak to w Polsce wygląda, po czym wskazałem drobny druczek na drugiej stronie i tłumaczenie, pani się wczytała: „Ach tak.” i na tym się skończyło :) Ale zanim to nastąpiło to opiszę sobie drogę – bo to tym razem był inny urząd (ten, w którym wszystko dotychczasowo w tym mieście załatwiałem to tzw. „Urząd do spraw obywatelskich” – meldunki, obywatelstwa, sprawy imigracyjne, prawa jazy, karty pojazdu itp… ale imiona w USC, a to inny budynek, w innej części miasta). Trochę stresowało mnie to, że aby się dostać do tamtej części miasta, muszę kawałek przejechać, zwłaszcza że przez takie spore rondo którego nie lubię ;) W dodatku nie bywam tam i nie wiedziałem jak wygląda sprawa parkingu – stanąłem wzdłuż głównej ulicy, było przed 8:00, więc za darmo, ale już od 8:00 płatne. No nic, stanąłem i patrzę na ten urząd, a może ma swój parking? I miał, tylko trzeba było na tyły przejechać – wróciłem do auta i przejechałem. Potem wejście też nie było całkiem proste, bo korona i niektóre wejścia pozamykane. Ale dotarłem, załatwiłem. Aha, mogłem zmienić też nazwisko. I co ciekawe – jako że moje nazwisko jest dość polskie, mógłbym chyba wybrać sobie całkiem dowolne nazwisko! :P Ale jednak jako tako jestem do mojego przyzwyczajony, więc na początku chciałem zostawić jak jest, a w końcu usunąłem tylko polski znak (i tak nikt tu go nie pisze poza może urzędem meldunkowym). W sumie to było tak, że mówię, że chcę zmienić imiona. Ona pyta o nazwisko, a ja pytam czy powinienem :D ona że jak chcę i to moja decyzja, ja pytam czy to problem jak zostanie polski znak, ona że nie powinien być, po prostu nie będzie przez większość instytucji zapisywany – tak jak dotychczas, ja że ok. Wypisała dokument, czytamy, patrzy że zrobiła błąd w moim mieście urodzenia, poprawia, ja myślę nad tym nazwiskiem dalej ;) wydrukowała nowy papier, czytamy, ja stwierdzam że jednak usuńmy ten polski znak :D znów poprawia :D ale bez problemu, to jednorazowa decyzja, której nie można zmienić, więc lepiej zdecydować świadomie, a nie potem żałować, że bez sensu – zmieniłem imiona, a nazwisko z polskimi znakami nie wiadomo po co zostało ;) Ciekawostka: zmiana imienia i/lub nazwiska tutaj nie pociąga za sobą żadnych konieczności w Polsce – z tego wynika, że można nosić tam zupełnie inne imię i nazwisko niż tu i wszystko będzie legalnie, zgodnie z prawem :D Ja z resztą chyba nawet nie zamierzam zmieniać tego zapisu w Polsce, nie chce mi się ;) poza tym fajnie może mieć tu tak, a tam po staremu ;) Z resztą u mnie akurat to naprawdę drobna zmiana była.
Koszt: 38€.

Ok, jak już miałem imię, zrobiłem termin na złożenie wniosku o dowód (to znowu w tym urzędzie ds. obywatelskich, na szczęście). Noo terminy to tam są odległe… znaczy właściwe, to może w ciągu 2-3 tygodni ten termin miałem. Poszedłem, nawet było bliżej niż z papierami po to obywatelstwo (obywatele mają lepiej – nie muszę iść przez cały budynek żeby załatwić swoje sprawy XD ale jak myślicie, że trafiłem do wyjścia na stronę parkingu, to oczywiście nie tym razem :D ). Wątpliwości miałem takie, że mam już ponad roczne zdjęcie, którego użyłem też do polskiego dowodu – jak pani to zauważyła, to mówi, że już trochę stare i nie powinna go przyjąć… ja oczywiście wcześniej wsio poczytałem i wcale nie ma takiego wymogu żeby zdjęcie było nowe – polecane jest nie starsze niż 3 miesiące lecz to nie jest wymóg – ale akurat to zdjęcie mnie się podoba, a poza tym naprawdę się nie zmieniłem, więc mówię pani, że wyglądam dokładnie tak samo – nawet zdjąłem na moment maseczkę żeby się przyjrzała, westchnęła i przyznała mi rację i zdjęcie przyjęła bez dalszych dyskusji ;) Dalej: czy chcę z odciskami palców, dla formalności zapytałem co mi to daje (kwestie bezpieczeństwa, lepsza weryfikacja), oczywiście ja naczelny „nie wierzę w inwigilację i nie boję się podawać swoich danych, ile wlezie!” ;) tylko dla formalności zapytałem, bo od początku zamierzałem zostawić odciski ;) Na koniec dostałem karteczkę i informację, że jak dostanę list z PINem, to za około tydzień dowód będzie do odebrania. Ok, po 2-3 tygodniach list dostałem, aaaale dowód nie był do odebrania za tydzień, bo terminów na za tydzień to nie było :D terminy na odbiór dowodu (5 minut) dostałem na za chyba 6 tygodni… Nawet zadzwoniłem telefonicznie mając nadzieję, że może jakiś się zwolni wcześniej albo jest jakaś możliwość… nope, takie są terminy i koniec (dostałem termin na 16 grudnia…). Jednocześnie umówiłem termin na zmianę dowodu rejestracyjnego i karty pojazdu (na 24 listopada na 11:15) – czy się uda bez dowodu to mi miły pan na infolinii sam nie potrafił powiedzieć, ale powiedział, że powinno się udać, a jak będą robić problemy, to mam powiedzieć, że nie moja wina, że ten termin był szybciej i niech się skontaktują z urzędem od dowodów (znajdującym się z resztą w tym samym budynku), bo mój dowód tam sobie już leży. No racja, tak zamierzałem zrobić, ale ponieważ terminy ogólnie można umówić i odmówić przez internet, zamierzałem też polować, a nóż się uda szybciej. Polowałem, raz już mi się prawie udało – o widzę termin na następny dzień! Klikam, że chcę zarezerwować, trzeba czekać na maila, w którym jest link, który trzeba kliknąć by potwierdzić, a następnie odsyłają potwierdzenie. Czekam więc na maila, w którym trzeba kliknąć… – jest, klikam by potwierdzić, przychodzi mail: niestety nie udało się. No super :/ Polowałem wytrwale i w końcu, 23 listopada wieczorem widzę termin na następny dzień rano! Znów klikam, mail, potwierdzenie, tym razem się udało! Termin: 8:20 rano :D (a więc jak zwykle na drugiej zmianie około 5:00 poszedłem spać na niecałe 3 godziny, wstałem, pojechałem do urzędu po dowód, wróciłem spać na niecałe 2 godziny, wstałem, pojechałem do urzędu zmienić dowód rej., wróciłem spać na jakąś godzinę :D ). Niestety spanie na raty to u mnie nic nadzwyczajnego… No ale wracając do załatwiania: to ten bliski urząd, jakby to było lato, to szkoda by było samochodem, bo spokojnie można rowerem, ale nie było lato poza tym ja chcę spać ;) więc samochodem to chwila. Wchodzę po odbiór dowodu, pokazuję numerek rezerwacji, pani na recepcji wskazuje gdzie iść, tam poczekalnia (z szeroko rozstawionymi krzesłami), potem wchodzę do pokoju (też blisko, zaraz obok poczekalni), dowód odebrałem dość szybko, chociaż chwilę pani szukała, bo na akcie inne imiona, ale pokazałem też zaświadczenie o zmianie, dowód odebrałem! I cóż mogę powiedzieć? Ładna kolorystyka, ale czcionka nie dla niedowidzących ;) (polskie dowody mają brzydszy kolor, ale o wiele wyraźniejszą i ładniejszą czcionkę).
Po tych dwóch godzinach wróciłem wymienić dowód rejestracyjny i kartę pojazdu – wchodzę do tej samej recepcji, pytam tych samych pań :D ale mnie pokierowały do innej recepcji, półpiętro wyżej. No fakt, tam też wyrabiałem prawo jazdy w zeszłym roku i dowód rej. parę lat temu. Skoro dowód już mam, to dumnie mogłem podać :D i nie martwić się, że coś będzie nie tak. Karty pojazdu wymieniać nie musiałem, bo jest miejsce na drugi wpis, więc tylko dopisała. Też sympatyczna pani mówi, ze nieźle mam zachodu z powodu jednej litery, mówię, że tak, ale w duchu myślę sobie że to jednorazowo, a potem będzie spokój na zawsze ;) Prawa jazdy nie wymieniam, bo nie trzeba (nawet w przypadku większych zmian jak np. ślub – nie trzeba tutaj zmieniać danych w prawie jazdy, jedynie przy wyjazdach za granicę może być to polecane… no ale jak mówiłem – u mnie zmiana jest na tyle mała, że i tak widać że ja to ja ;) więc szkoda pieniędzy i czasu na taką zmianę), zresztą naprawdę – nie dokonałem zmiany zapisu imion żeby wszędzie świecić nowymi (i że taki jestem tutejszy ;) ), tylko żeby nie musieć wiecznie tłumaczyć i literować.

No i strasznie się cieszę, że mam już ten dowód, bo jak wcześniej zadzwoniłem do banku zapytać jak mogę zmienić dane (bank internetowy), to usłyszałem, że muszę się zweryfikować na poczcie – znaczy ja znam to postępowanie, tak samo zakładało się w nim konto, no ale to nie jest możliwe bez dowodu :/ Problem w okresie przejściowym polegał na tym, że taki tutejszy ZUS od razu mi wysłał coroczne rozliczenie z nowymi danymi (widać do nich trafia to automatycznie), więc chciałem jak najszybciej poinformować pracodawcę – to też nie problem, bo zaświadczenie o zmianie imienia wystarczy, ale jak informuję pracodawcę, to wypadałoby i bank, a bank… jak wyżej :/ Także jedne instytucje nie mają problemu z samym zaświadczeniem (kasa chorych na przykład – mieli formularz „załącz dokument” i zaświadczenie bez problemu przeszło, tak samo spółdzielnia od której wynajmuję mieszkanie – ci to mi jeszcze nawet ładnie zadzwonili potwierdzić, że przyjęli zgłoszenie ;) ), inne „prosimy skan dowodu listem lub faksem” (LOL – Payback chciał ode mnie skan dowodu, no komedia :D poważna firma, nie pogadasz ;) podczas gdy inny taki podobny program partnerski umożliwiał zmianę danych ot tak po prostu na stronie internetowej). Teraz jestem w trakcie załatwiania tej weryfikacji z bankiem – identyfikacja na poczcie była potrzebna jakby podwójnie – na imię i na obywatelstwo – sama kwestia obywatelstwa nie ma większego znaczenia dla większości urzędów, ale akurat banki warto poinformować, bo ma się podobno lepszą zdolność kredytową wtedy, co jest skądinąd zrozumiałe), ale to jeszcze nie wystarczy – zaświadczenie o zmianie imion też chcą :D (więc po jakiego grzyba była w ogóle ta poczta, od razu mogli poprosić o wszystkie skany listem, skoro i tak muszę im tą kopię listem przysłać). Drugi bank (ten akurat mam stacjonarnie – po co mi dwa banki, zapytacie? bo ja oszczędny człowiek jestem i bank musi być darmowy ;) ten pierwszy jest ale trudno tam pieniądze wpłacać /w ogóle się nie da za darmo/ a robię zakupy znajomemu i często zostaję z nadmiarem gotówki, więc jak znalazłem bank też darmowy ale z wpłatomatami, to założyłem drugie konto i nie – nie zamknę pierwszego, bo spodziewam się, że to drugie kiedyś przestanie być darmowe i to wcześniej niż pierwsze i będę musiał je zamknąć ;) ) odwiedziłem więc osobiście. Mówię co jest, pan na to: „O, to tak można?” ;) nawet mu chciałem powiedzieć, że wręcz trzeba ;) ale powiedziałem tylko, że tak, trzeba się zdeklarować i wtedy imiona zmienić można jeśli są nietutejsze. Pisał coś tam, pisał i trochę w tym banku spędziłem, podpisałem znów z milion podpisów (no ok, tylko 3 lub 4), zapytał czy koniecznie chcę zmieniać kartę, bo jak nie muszę, to możemy starą zostawić – jasne, szkoda zasobów środowiska marnować, więc oczywiście zostawić. W moim pierwszym banku też nie będę zamawiał nowej, a chyba automatycznie też nie przyślą.

Co tam jeszcze… w wielu miejscach już zmieniłem, ale w wielu jeszcze muszę zmienić… ubezpieczenia, abonamenty… ale to zdecydowałem zrobić jak już zmienią mi dane w banku – bo jednak zlecenia zapłaty itp… niech to wszystko ma ręce i nogi.
Oczywiście będę chciał kiedyś wyrobić także paszport, ale na razie korona, to szkoda, oszczędźmy termin ważności ;) ale po nowym roku pewnie wyrobię (zwłaszcza jeśli te terminy też są tak odległe jak na dowód…). Jedyne co mnie zdruzgotało, to kiedy się dowiedziałem z internetów, że i tak muszę mieć polski paszport jeśli chcę latać gdzieś z Polski :( Ponieważ dla celników w Polsce jestem obywatelem Polski… no niby ma to sens ale i tak mnie to przybiło bo wiecie, ja sobie wymyśliłem, że nie będę w ogóle polskiego paszportu odnawiał i jaka to będzie oszczędność! XD A tu lipa. No mógłbym np. nie latać z Polski, ale to tym bardziej nie będzie oszczędność, to już chyba wolę zrobić ten paszport jednak ;) Albo zrzec się obywatelstwa polskiego – w sumie wyszłoby najtaniej :D (to drugi raz kiedy mi ten pomysł przyszedł do głowy ;) trzeci to sytuacja z poprzedniej notki, a pierwszego już nie pamiętam ale też było to coś politycznego…). Ale twardy będę, nie miętki, już trudno, wyrobię te dwa paszporty ;)

Koszty:
– zmiana imienia/imion/nazwiska (zawsze tyle samo): 38€
– dowód osobisty: 28,80€
– dowód rejestracyjny: 12€
– (jak na razie) dwa listy: 2×0,80€ ;)

Tyle w kwestiach formalnych. A w emocjonalnych… nie poczułem się jakoś inaczej ;) właściwie odbierając akt nadania obywatelstwa niczego nie poczułem (poza radością, ale nie aż tak dużą jak się kiedyś spodziewałem), dopiero odbierając dowód to bardziej… Ale i tak nic aż tak silnego ;) Z drugiej strony jest to osiągnięty jakiś kolejny duży (jeden z najważniejszych, które sobie wymyśliłem) cel mojego życia – korekta, potem zamieszkanie tutaj, w końcu obywatelstwo… Mam takie poczucie, że coś osiągnąłem, co było dla mnie ważne. A z drugiej strony mam teraz wrażenie, bardziej niż kiedykolwiek, że życie to gra… wymyśliłem sobie cel – zdobycie obywatelstwa i świat się do tego dostosował, z pozytywnym finałem przeszedłem tą grę. A ta zmiana imion to już w ogóle – drobiazg, ale taki do którego jest się jednak jakoś „nakierowanym”. Drobiazg, bo to w moim przypadku tylko kilka liter (w końcu nie miałem na imię „Zdzisław” czy „Władysław” które to imiona chcąc się dopasować musiałbym chyba zmienić całkiem ;) ), a jednak z powodu tych kilku liter multum urzędów, instytucji czy firm musi mnie obsłużyć… I tak się kręci ten świat, i na tym to polega…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz