Drezno (19-21.12.2022) / i moja hodowla równonogów ;)

Ok, to czas opisać Drezno zanim całkiem zapomnę ;) W ogóle zastanawiałem się czy opisywać, bo to taki krótki pobyt… ale właściwie przecież też opisywałem jednodniowe, więc ten tym bardziej się zalicza.
Drezno to takie kolejne miasto po prostu po drodze do PL, więc niewielką nadwyżką kilometrów mogłem zwiedzić. Pracę w tym (no w zeszłym :D ) roku skończyliśmy też trochę wcześniej, więc już 19.12 ruszyłem sobie w drogę. Plan był taki że wyjazd wcześnie, te niecałe 500km pokonam do wczesnego popołudnia, zostawię gdzieś auto i do miasta ruszę, potem pójdę się zameldować w hotelu i wypakować bagaże z samochodu, a potem dalej w miasto… Wyszło jednakże trochę inaczej. Przede wszystkim dzień (jak i z nim sąsiadujące) był zimny, bardzo zimny. Jeszcze zanim ruszyłem, wiedziałem, że będzie ciężko, bo na ulicy (i na chodnikach, także tym, po którym nosiłem bagaże…) była szklanka :/ NAPRAWĘ szklanka… musiałem więc te bagaże nosić krokiem żółwia (nie przesadzam, przesuwałem się o pół stopy), no i przyznaję: gdzie się dało, szedłem przez trawę :P tam przynajmniej nie było ślisko). Potem oczywiście jazda też wolna… normalnie zawracam na skrzyżowaniu, tym razem się nie odważyłem (tam dość ciasno jest) ;) ale jednak ruszyłem… Nawigacja sprowadziła mnie z autostrady po jakichś 50km, może coś tam się działo… ale kiedy chciałem na jakiś parking wjechać żeby sprawdzić w komórce gdzie w końcu będę mógł na tą autostradę z powrotem wjechać (no bo wiecie – szklanka! to już po autostradzie się lepiej jechało…), to też nie było lekko… lekki spad i już nie podjechałem nawet na miejsce parkingowe, a ponieważ jakiś samochód stał w pobliżu, wolałem nie ryzykować wciskania się tam na siłę… No ale w końcu trafiłem na autostradę i dalej w drogę. Potem jeszcze raz zjechałem na śniadanie w Burger Kingu (Long Chicken Vegan jest przereklamowany… znaczy ja za klasycznymi Long Chickenami też nie przepadam, vegan to przynajmniej mnie nie obrzydza ale smak… właściwie nie to że zły, ale jakieś to takie dla mnie ciężkie na żołądku). Btw. tam na parkingu na środku stało auto – kogoś z pracowników, podjechało drugie (taki busik mały) i chciało go odholować a tu jedynie koła w miejscu kręcą się po lodzie – no warunki masakra, ale to już mówiłem… Już zaczynałem schizować że może zaraz i ja stamtąd nie odjadę :D ale odjechałem i dalsza podróż minęła bez problemów. Zmęczenie było spore (bo jak zwykle spałem za mało), a poza tym wychodziło na to że niewiele przed 14:00 zajadę, to już postanowiłem przespać się jeszcze trochę po drodze i przyjechać dopiero po 15:00 i od razu do hotelu, a dopiero potem ruszyć w miasto. Zwłaszcza że… hoduję izopody i póki co wożę je z sobą, to w sumie byłaby historia na inny wpis :D (ale jeszcze się w tym pojawią, więc może jednak opiszę…), no ale nie mogłem ich zostawić w aucie na mrozie…
Podjechałem do hotelu, a tam szlaban na parking… już zdezorientowanie ale na szczęście znalazłem dzwonek (rzadko mam z czymś takim do czynienia :D ), zaparkowałem… Ach, to następna historia: szukałem hotelu długo, rozważałem, był nawet do wynajęcia mały drewniany domek (takie domki modułowe, w takim w sumie chciałbym nawet mieszkać, są tanie do postawienia… no ale trzeba mieć gdzie ;) w każdym razie bardzo chciałbym w takim kiedyś choć zanocować właśnie żeby sprawdzić czy to naprawdę taka fajna sprawa jak mi się wydaje), ale w końcu przeważyło coś bliżej centrum i z parkingiem. Nocowałem w A&O – pokój jednoosobowy z łazienką, tak wąski korytarzyk że jak postawiłem bagaże to z następnymi nie dało się przecisnąć :D ale spoko, wystrój dość nowoczesny, może być, lokalizacja też niezła. No ale ten parking… „miejsc pod dostatkiem” to tam na pewno nie było, zająłem chyba ostatnie takie jeszcze normalne, inni już gdzieś na środku stawali i częściowo na chodniku… No w każdym razie zameldowałem się, włożyłem plakietkę do samochodu, zaniosłem bagaże i ruszyłem w miasto. To też nie było proste, bo tam też była szklanka :/ więc znowu droga na pieszo zajęła mi wieki no i stwierdzam że nie, naprawdę nie – w takich warunkach nie opłaca się zwiedzać… choć wiadomo: nie mogłem przewidzieć, że będzie aż tak źle. Kiedy nie da się swobodnie chodzić po ulicy, tylko trzeba pełznąć uważając na każdy krok, to niewiele się zaliczy… ale starałem się bardzo ;) w centrum było oczywiście trochę lepiej (ale i tak co kawałek ktoś się ślizgał albo przewracał). Odwiedzałem co tam w pobliżu było i oczywiście drezdeński Weihnachtsmarkt (nawet nie jeden ale umówmy się, że opowiadam o tym największym – Striezelmarkt) – podobno najładniejszy w Niemczech… i szczerze? No brzydki nie jest ;) aaale… mam pewne „ale” ;) Po prostu inny jest niż ten w moim mieście i o ile fajnie to było zobaczyć, tak hmm… większość straganów to ozdoby drewniane, girland świetlne gwiazdki, koronki – takie rzeczy. W moim mieście większość to chyba jednak gastronomia i słodycze :P a jak już coś… prędzej kupię coś do żarcia niż koronkową zawieszkę, więc… ;) Ale za to mieli ciekawe owoce w czekoladzie! (u nas są raczej tylko truskawki, banany, jabłka i winogrona, czasem zdarzą się maliny i mandarynki albo jakiś szaszłyk owocowy-mix). Tego dnia kupiłem kaki w białej czekoladzie (4€), a także 3 drewniane gwiazdki na choinkę (po 2€ szt., dwie na prezenty, jedna dla siebie), a nawet trdelnika (ale drogie: 5,50€ tylko że bardzo to lubię :P ). Zimno było i padało, na szczęście obok jest galeria, poszedłem się tam zagrzać raz czy dwa ;) a w końcu do hotelu przygotować się na kolejny dzień.

20.12 (wtorek)
Pomny tego co przeżyłem dzień wcześniej (wędrówkę w żółwiowym tempie), stwierdziłem że nie ma co sknerzyć i muszę kupić bilet na komunikację miejską (całodzienny 6,90€), bo w tym tempie nie dojdę na czas nigdzie i nic nie zobaczę :/ No i około 8:00 ruszyłem tramwajem do centrum, znaczy pod Zwinger. I tak sobie spacerowałem oglądając budynki. Głównym punktem programu na ten dzień było jednak Muzeum Higieny, do którego doszedłem około 11:00. Bilet wstępu kosztuje 10€, więc można przeżyć. Wyszedłem stamtąd krótko przed zamknięciem, muzeum jest ciekawe i fajna była też wystawa specjalna dotycząca kłamstwa :) Tzn. to nawet nie tylko wystawa była ale trochę interaktywna gra, podobało mi się. Potem wróciłem w miasto, jeszcze raz Weihnachtsmarkt itp. Tego dnia kupiłem kolejne ciekawe i u nas niedostępne owoce w czekoladzie: borówki (3€) i gruszkę (3,50€), oczywiście w białej bo ja tylko w takiej jadam owoce ;) a poza tym 3 malutkie pączuszki serowe (pan dał mi 4 za bardzo spoko cenę 2,50€, normalnie są 3 w tej cenie ale zostały mu cztery z tej partii więc miałem gratis, małe a cieszy :P ), wypiłem poncz marcepanowy z bitą śmietaną (3,50€), a także kupiłem kawałek Dresdner Eierschecke – takie regionalne ciasto, kiedyś już o nim słyszałem, baa, nawet raz sam upiekłem i wyszło, mimo że to dość pracochłonne ciasto, no ale będąc tam też chciałem koniecznie spróbować tego regionalnego. Najpierw myślałem żeby w tym celu odwiedzić jakąś kawiarnię… ale opinie w internecie były nie jakieś powalające o żadnej, więc jak na Weihnachtsmarku znalazłem stoisko z tym ciastem, to po prostu kupiłem kawałek i to było spoko – smaczne było! (i też tylko 2,50€ na nie wydałem). No i tradycyjnie – kupiłem 3 widokówki (2,10€).

21.12 (środa)
To już podróż w dalszą drogę, aaale jeszcze jedną rzecz miałem zaplanowaną i jednak opiszę tu szerszy kontekst ;)
Otóż od kilku lat szukałem zwierzaka (gada, owada czy czegokolwiek) co mógłbym hodować. Musi znosić podróże (ew. pozostawienie na dłużej bez opieki). Podróże chyba najlepiej znoszą psy ale wiadomo – psów się boję więc i nie przepadam, więc odpadają ;) Może też szczury zniosłyby dobrze ale z jakiegoś powodu też je odrzuciłem. Koty hmm… koty podróży nie lubią, choć niby można od małego przyzwyczaić… aale to zawsze może być stres dla nich, a poza tym jednak, jakby to powiedzieć… kot jak każde stworzenie może zachorować, wymiotować, mieć biegunkę – no niespecjalnie chcę sprzątać takie rzeczy po domu… więc coś w klatce/terrarium może? Myślałem o żółwiu czy jakichś jaszczurkach – ale tu też z podróżami kiepsko i potrzebują lamp specjalnych, ogrzewania… Także jeśli zwierzak dla mnie, to nie może być nic kłopotliwego, bo jednak podróże są dla mnie ważniejsze i czasu też mi szkoda, a także nie chcę wydawać fortuny i bawić się w jakieś lampy i ogrzewania… Wydedukowałem jakiś czas temu, że modliszka byłaby spoko i ciekawa w obserwacji, ale na razie się jeszcze nie postarałem o żadną (za mało zgłębiłem temat hodowli karmówki dla niej). A jak się wprawię z modliszkami, to może jakiś pająk (podobnie mało kłopotliwe stworzenia tylko żyją dłużej od modliszek, więc to chyba fajniej). Aale potem odkryłem coś jeszcze prostszego (nie wymagającego hodowania karmówki) i jeszcze tańszego (bo za darmo!), a są to kulanki :) Kulanek mam latem pełno w PL w ogrodzie, trochę sobie nałapałem i hoduję od sierpnia zeszłego roku :P faktycznie mało wymagające stworzenia – wystarczy plastikowy pojemnik i trochę składników do znalezienia w lesie ;) i regularne nawadnianie. Ale też nie aż takie ciekawe są te dzikie, jakie mogłyby być hodowlane… tyle że konkretnie kulanki hodowlane są raczej droższe, więc postanowiłem kupić coś tańszego – podobne równonogi/izopody: Porcelio laevis Dairy Cow i Porcelio laevis Orange – tanie, niewymagające, a ciekawe bo niezbyt płochliwe :) Czemu w ogóle wciskam ten temat w podróż? No po pierwsze dlatego, że kulanki jechały ze mną :D i to jest też powód dla którego postanowiłem 2 noce w hotelu kupić, a nie jedną (na mrozie w samochodzie nie mogłem ich przecież zostawić przez cały dzień zwiedzania… myślę o jakimś ogrzewaniu z power banku i to się chyba uda ale wtedy jeszcze nie miałem ogarnięte), a po drugie dlatego że akurat w Dreźnie znalazłem (na ogłoszeniach) babkę, która sprzedawała Dairy Cow i Orange tak tanio, jak nikt inny w całych chyba Niemczech! Normalnie one „chodzą” po około 0,10€ za sztukę, a ona sprzedawała 50szt. za 2€! W dodatku mieszkała dość blisko mojego hotelu, więc w drodze powrotnej pojechałem odebrać moje nowe zwierzątka domowe ;) Dała mi w dwóch dość stabilnych transporterkach (i nic za to nie chciała!), w dodatku powiedziała, że na pewno jest ich tam więcej niż 50 :) Dałem więc jej 5€ za wszystko i powiedziałem że reszty nie trzeba i bardzo się cieszę, że się mi się udało odebrać. Jedyna trudność była taka, że mieszkała w domu ogrodzonym na domofon i zastawiłem chodnik żeby przy furtce zaparkować :P (oraz bramę wjazdową… nie było innego miejsca), w pewnym momencie się ta brama nawet otworzyła, a ja już miałem schizę, że ktoś akurat teraz chce wjechać czy wyjechać, ale to chyba automatycznie jak ona otwarła mi bramkę domofonem. Potem jeszcze na szybkie zakupy (w Netto jest tam moja stara /ulubiona/ Cola! skandal! u mnie od pół roku jej już nie ma, a zamiast niej jest jakaś wstrętna ciecz niezdatna do picia w innych butelkach – jeden kraj, jedna sieć sklepów i takie różnice, dlaczego?! :( ).
Dalsza droga już dość standardowa i bez większych niespodzianek. Było fajnie aaale jednak lato jest lepsze na zwiedzanie ;) (tzn. no cieplejsza pora roku) chociaż tutaj, no wiadomo – latem nie ma Weihnachtsmarku, a to też duża atrakcja, także nie to że żałuję pory roku, aaale pewnie latem też jeszcze kiedyś odwiedzę Drezno :) (nawet tego lata myślałem – jeden dzień w Lipsku, jeden w Dreźnie, nocleg w samochodzie… ale jak będzie za ciepło to przecież moich równonogów nie mogę tak na cały dzień zostawić w aucie! :( także jeszcze zobaczę co wymyślę… oczywiście mógłbym ich nie brać, dobrze nawodnić i postawić w piwnicy… chyba by się im nic nie stało, przez 2 tygodnie na pewno no ale latem mam 3 tygodnie urlopu, a poza tym lubię na nie patrzeć).

Podsumowując: wszystko fajnie ale najlepszą „pamiątką” są chyba i tak moje zwierzątka :D (faktycznie jedne i drugie są dość otwarte i można je często obserwować na powierzchni, ale jednak „pomarańczki” są bardziej płochliwe od „krówek” i częściej się chowają ;) ).

Podsumowanie kosztów:
19.12:
– Burger King: 8,28€
– trdelnik: 5,50€
– kaki w białej czekoladzie: 4€
– 3 gwiazdki drewniane (na choinkę): 6€

20.12:
– bilet całodzienny 6,90€
– muzeum: 10€
– borówki w b. czekoladzie: 3€
– gruszka w b. czek.: 3,50€
– Dresdner Eierschecke: 2,50€
– pączuszki serowe: 2,50€
– pącz marcepanowy: 3,50€
– widokówki: 2,10€

= 57,78€
…najgorsze jest to że nie pamiętam ile zapłaciłem za hotel :D aale mam nadzieję, że jeszcze sobie przypomnę, tzn. znajdę gdzieś rachunek i dopiszę…
Jeśli chodzi o paliwo, to zrobiłem jakieś 15-170km dodatkowo… wyliczyć można zależnie od ceny paliwa ;)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.