Anglia – Salisbury, Avebury… (28.05-4.06)

No więc już tak z rok temu zaplanowałem sobie podróż do Anglii, żeby zobaczyć Stonehenge (i ten drugi krąg w Avebury, ten prawie nie znany, a podobno nawet ciekawszy i darmowy). Stonehenge (tak, wiem że jest przereklamowane i nie warto, ale i tak chciałem ;) ) to mogłaby w zasadzie być jednodniowa wycieczka z Londynu, ale nie chciałem tak. Powoli czuję się przytłoczony intensywnymi urlopami, na których zaliczam największe miasta Europy biegając od jednego zabytku do drugiego, cały dzień, bo jak się duże zabytki kończą to zaczynam wynajdować mniejsze ;) i tym razem chciałem spędzić kilka dni spokojnie, na angielskiej wsi ;) (bo widziałem, że okolica też jest ładna). No Salisbury to nie wieś tylko miasteczko z 45 tysiącami mieszkańców ale uznałem, że dostatecznie małe ;)

Problem ze mną jest tylko taki, że późno się biorę za szukanie noclegu (chociaż przejazdy pod koniec też drożeją…), a karty kredytowej też nadal nie mam… (i już chyba nie będę mieć, bo do jednego konta dostałem kilka dni przed wyjazdem VISĘ której można używać jak kredytowej)… W każdym razie jak zacząłem szukać hotelu, to jednego dnia coś było, kolejnego już nie… potem się pojawiły nawet apartamenty na wyłączność (coś jak mieszkania) ale nim się namyśliłem, to też zdrożały… Inny hotel niby ok ale paskudny wystrój… W końcu znalazłem, ale nie pamiętam już jak, hotelik kawałek od centrum, za to najtańszy i ładne pokoje! I po raz kolejny powiem Wam: jak rezerwować hotel, to nie przez bookingi czy inne kayaki, tylko wyszukać bezpośrednio stronę hotelu – zwykle jest najtaniej, czasami różnica jest znaczna. Ale nawet tu był problem – chciałem od niedzieli ale już nie było miejsc… na początku jeszcze myślałem o pierwszej nocy w Londynie, bo też był niedrogi hotel (na tą jedną noc) bardzo blisko, ale na drugi dzień, jak się już zdecydowałem, to podrożał o 30€, więc niech się wypchają :P tylko że za to musiałem kombinować z Flixbusem, bo idealny był z soboty na niedzielę (Eurotunel zamiast promu), ale cóż… Musiałem jednak wybrać niedzielę-poniedziałek i przejazd przez prom (ale powrotny przez Eurotunel! :P Na promie byłem już jadąc pierwszy raz do Anglii w 2015, więc wolałbym teraz coś innego /zwłaszcza, że schizę miałem, że się zgubię i nie znajdę mojego autobusu :D /).
To wszystko razem zgrać za sensowną cenę nie było łatwo… (a jeszcze powodem dla którego w ogóle tak długo zwlekałem z wyborem noclegu od niedzieli było to że akurat tej niedzieli nie było żadnego bezpośredniego pociągu z Londynu do Salisbury, a tu ogarniać nie tylko pociąg w obcym kraju ale jeszcze dwie przesiadki, to już nie miałem ochoty ;) ), a jeszcze jakby tego było mało, okazało się potem, że mi dwa razy za hotel pobrało (oczywiście potem zostało to naprawione).

Relację pisałem w sumie na bieżąco (tym razem się udało! ;) ), więc tak też wklejam (z drobnymi poprawkami):

No dopsz… ale nastała niedziela 28.05, godzina przed 15:00, ruszyłem na dworzec na pierwszego Flixbusa. Przyjechał planowo albo 10 minut później, nie pamiętam, poszło w każdym razie szybko i sprawnie, kierowcy polscy ;) Do Amsterdamu dojechaliśmy planowo… za to ten relacji Amsterdam-Londyn spóźnił się o godzinę (co też potem ładnie nadrobił, a potem prom i… ale o tym zaraz). W ogóle tam była pierwsza schiza ;) bo nie byłem pewien czy one tylko w jednym miejscu tego niby „dworca” stają czy nie… No bo oczywiście nigdy nic nie może być za proste, nie? :/ zawsze muszą być jakieś takie dziwne niespodzianki… No nic, przyjechał w końcu, sprawdzanie paszportów (słusznie w sumie, na trasach gdzie potrzebny jest paszport, to i dobrze, że już kierowcy sprawdzają czy mamy), kierowcy też polscy ;) Podróż szła bardzo sprawnie do samego Calais, tam już na początku postaliśmy trochę, potem kierowcy zebrali paszporty do kontroli i myślę sobie: wow, ale szybko to poszło, toć to szybciej niż kiedy jeszcze Wielka Brytania była w Unii, bo wtedy musieliśmy wyjść i pokazać się z dowodem… jakże się bardzo pomyliłem ;) Ale najpierw postaliśmy jeszcze trochę. A potem kierowcy ogłosili, że musimy wysiąść ze WSZYSTKIMI bagażami (też tymi z bagażowni) i przejść przez kontrolę graniczną. Najpierw francuska, to tylko zerknęli w paszport, potem bramki jak na lotnisku! A potem angielski urzędnik wypytał mnie skąd i dokąd jadę, po co i na jak długo i co robię zawodowo… eee, serio? Serio mu się wydawało, że mogę chcieć tam zostać zamiast wracać do Niemiec? Cóż tam jest takiego, żeby było bardziej warto? XD Zabawne. A potem wróciliśmy do autobusu i staliśmy, i staliśmy, i staliśmy… i staliśmy… potem podjechał na miejsce i jeszcze trochę staliśmy… bez kitu ale łącznie tego stania było na pewno 4,5h, a może nawet 5,5… Co za masakra. A potem prom i uważnie obserwowałem gdzie stoi autobus (pokład, kolor wejścia itp. :P), więc logistykę promu udało mi się tym razem nawet sprawnie ogarnąć ;) tylko że z jakiegoś powodu jak zaczęło huśtać, to aż mi się choroba lokomocyjna przypomniała :/ Wyszedłem na górny pokład, bo tam wiało, więc było trochę lepiej. Wiadomo – dzieciaki i inni też wyszli, porobili sobie zdjęcia, odpłynęliśmy od brzegu to i nie było już tak ciekawie, to poschodzili… Ja też w końcu, bo ile można stać… Przy stoliku jednak też nie mogłem wysiedzieć, mdłości, głowa boli (żałowałem, że nie wyjąłem sobie tabletek jak nam kazali z bagażem przejść), więc postanowiłem upolować jakieś miejsce na kanapie myśląc, że może jak się położę i zamknę oczy to będzie lepiej. Nie było łatwo już o tej porze o miejsce na kanapach ale jedno udało mi się znaleźć i faktycznie na leżąco jest o wiele lepiej ;) A potem dostrzegłem, że tu i ówdzie wiszą torebki – bo pewnie niektórzy mają jeszcze gorsze mdłości :P Jak już w końcu dopłynęliśmy… to w sumie było mi niedobrze do końca podróży ;) Zamiast na 7:50, zajechaliśmy do Londynu na 10:50… no ale nie miałem powodu być w Salisbury zbyt wcześnie, więc pomyślałem że świetna okazja – pójdę sobie (zwłaszcza że z Victoria Coach Station gdzie przyjeżdżają Flixbusy do Waterloo Station, skąd odjeżdżają pociągi do Salisbury to prawie po drodze) obejrzeć zmianę warty pod pałacem Buckingham, bo akurat jest codziennie o 11:30, a tego poprzednio nie widziałem… No i teraz też ledwo co, bo ludzia oczywiście taka masa, że ciężko było widzieć cokolwiek :D No nic, ruszyłem dalej, jeszcze Westminster po drodze… A potem na poszukiwanie bankomatu. To niby nie problem, bo są ale ta dziwna tendencja bankomatu jako okienka na ścianie przy bardzo ruchliwej ulicy i często wysoko – słabo :/ w końcu znalazłem jakiś troszkę z boku… i prawie zapomniałem pinu (bo tej karty akurat ostatnio nie używałem…). Wypłaciłem po długim namyśle 250 funtów, bo coś tak czuję że 200, to może być za mało… :/ a jeśli nie, to cóż, to też pieniądz, można zatrzymać. Potem szybkie zakupy czegoś na ząb, po drodze jeszcze woda z automatu za darmo (i jaka dobra!) i w końcu bilet na pociąg. Automat pokazywał taką mnogość opcji, że w końcu kupiłem w okienku (co to ma być Off-Peak? czy Super Off-Peak? w sumie pan wcale nie pytał tylko taki mi sprzedał i dopiero potem sam doczytałem o co w tym chodzi). Kupiłem w jedną stronę z góry zakładając że tam i z powrotem to pewnie na jeden dzień… mogłem zapytać ale mi to nie od razu przyszło do głowy :/ Potem się okazało, że mogłem tam-i-z-powrotem kupić, wychodzi prawie 20£ taniej… i tak stoję i myślę, gadać mi się nie chce, no ale 20£ to niemało, a na bilecie pisze, że można zwrócić… poszedłem do Informacji (a raczej informacja sama do mnie podeszła, trzeba przed nimi uciekać, bo są aż za bardzo pomocni :D ), powiedziano mi że przy kasie i mogłem! tzn. dopłaciłem tylko 11,50£ i mam bilet w obie strony, no to jestem z siebie dumny! :D
Podróż Londyn -> Salisbury trwa około 1,5h, na miejscu za dużo nie spacerowałem, bo już i tak prawie 17:00 była, a do hotelu kawałek… Kawałek ale tragedii nie ma, w pobliżu Lidl (był jeszcze otwarty, kupiłem kilka rzeczy i Boże, jakie pyszne „Butter scones” – muszę se na zapas kupić przed wyjazdem :P ), Tesco (ale już zamknięte, tu też mają dziś święto?), a McDonald’s jest zaraz na wprost :D (ale to nie dzisiaj). Noo a pokój bardzo ładny, taki w nowoczesnym stylu, jak lubię ;) Na koniec jeszcze zadzwoniłem do banku wyjaśnić to podwójne zniknięcie pieniędzy ale pan poradził kontakt z hotelem… no jako że już tu jestem… uznałem że na dziś dość gadania w językach obcych i wręczyłem pani na recepcji karteczkę z elegancko opisanym z pomocą translatora problemem XD akurat obok był kolega pani i stwierdziła, że świetnie się składa, bo on się lepiej zna, a on mi powiedział, że powinni pieniądze odesłać, a jeśli nie, to mam dzwonić (dostałem numer i tam jeszcze jakiś adres), ok, poczekamy…
Tyle na dziś, bo muszę jeszcze zaplanować nadchodzące dni ;)

30.05 (wtorek) – dzień 3 – Salisbury
Właściwie to na dziś planowałem Stonehenge ale wczoraj za długo się zasiedziałem żeby wcześnie wstawać, więc stwierdziłem, że przełożę, a dziś zwiedzę sobie miasto… może to i lepiej nie zaliczać „głównej” atrakcji od razu, tylko mieć na co czekać ;) A ja mam przecież urlop, coś odpocząć też by wypadało, zwłaszcza, że taki też był przecież mój plan że urlop będzie spokojny, a ja poprzedniej nocy spałem tylko w drodze, więc trzeba odespać… no nie żebym się aż tak wyspał, bo 8 godzin snu i tak nie miałem :D ale przynajmniej około 7… bo mianowicie kupiłem sobie Tower-tour po wieży katedry, a to było z rezerwacją godzinową (wybrałem 13:15, wstałem o 11:30, poszedłem spać po 4:00…). Sama decyzja czy w ogóle zwiedzać tą wieżę katedry też mi trochę zajęła… [Z tego, co wyczytałem, rezerwacja i opłata online. Jest to o tyle problematyczne, że zaś przewalutowanie, a ja przecież funty miałem wypłacone i wolałbym z tego zapłacić. Jednocześnie nie mogłem sobie pozwolić na ryzyko nie kupowania online, bo gdyby nie dało się na miejscu, przepadłby mi dzień i przepadła możliwość zwiedzenia katedry… I tak siedzę, i myślę, szkoda kasy przepłacać, ale z drugiej strony… gdybym był bardzo bogaty, co bym zrobił? Naprawdę żałowałbym kilku Euro „straty” na przewalutowaniu? no raaaczej nie :D Gdybym był naprawdę bogaty, kupiłbym ten bilet online i się nie przejmował. Ale przecież… przecież jestem. Wtedy mnie właśnie olśniło – że co właściwie różni mnie od ludzi bogatych? Właściwie nic. Jeżdżę na wycieczki, na jakie chcę pojechać, przeżywam więc wszystko, to co oni i czy jest jakaś wycieczka na którą teraz nie mógłbym sobie pozwolić? Raczej nie ma. Oczywiście, że są takie, które by mnie całe oszczędności kosztowały, ale teoretycznie – na nie też mogę sobie pozwolić :) A pod koniec życia jakie to będzie miało znaczeni jakie cyferki kto z nas miał na koncie? Nie będzie miało żadnego. Już bardziej kto co przeżył – a ja przecież przeżywam to co oni! Mogę to co oni i przezywam to co oni, co więc mnie różni od nich? Nic. Jestem bogaty. Taki to był proces decyzyjny, a wnioski ważne nie tylko na podróż ale i na całą resztę życia :) Bilet oczywiście kupiłem. No i jak mówię – zasiedziałem się ;) ale za to przed środą już nie będę musiał, bo też mam ją zaplanowaną.
A więc rano, o 12:00 ;) ruszyłem ze „śniadaniem” zapakowanym na drogę pod katedrę. Robi wrażenie wielkością (najwyższa w Anglii), na oprowadzanie musieliśmy jednak poczekać prawie godzinę, bo przewodniczka nie dojechała, nie wiem co tam się stało ale nas bardzo przepraszali i zorganizowali oczywiście kogoś innego. Dostaliśmy piny z napisem „I’ve been behind the scenes at Salisbury Cathedral” ;) a z góry był ładny widok. Zanim zszedłem i wyszedłem (w katedrze można zobaczyć dobrze zachowany jeden z pierwszych dokumentów „Magna Carta” z 1215), zrobiła się prawie 16:00, w potem jeszcze usiadłem na łące pod katedrą, zjadłem „śniadanie”, nawet poleżałem, bo było bardzo przyjemnie :P i ruszyłem na miasto. Dalej zwiedzanie miasta, zakupy w supermarkecie i powrót do hotelu okrężną drogą, okolica ładna i bardziej zaciszna, ale najmilej to mi było leżeć na tej łące pod katedrą, więc już wiem chyba gdzie spędzę piątek :D Trochę po 21:00 wróciłem. W sumie dobrze, że mam pół walizki pustej, bo już poczyniłem spore zakupy spożywcze XD a to jeszcze nie koniec :D I co do zakupów to powiem tak… są rzeczy drogie – np. cola, nawet marki własne sklepu, ale są rzeczy tanie: ciastka za 30 pensów! albo 5 donutów, i to nie takich najbardziej mikroskopijnych, za 1 funta! No to w Niemczech tak tanio nie ma… Po prysznicu wyskoczyłem jeszcze do tego McDonald’sa po drugiej stronie parkingu i tu też – za zestaw zmodyfikowany (zamiast standardowego napoju wziąłem truskawkową Frappe – takich rzeczy też w Niemczech nie ma, a lubię próbować regionalności w fastfoodach, z resztą w zestawie wziąłem wegetariańskiego wrapa – tego też u mnie nie ma, ale to akurat było takie sobie ;) ) zapłaciłem niecałe 7 funtów, przy czym mają fajną opcję doliczenia datku charytatywnego – można do dziesiątek pensów albo całych funtów zaokrąglić, u mnie to było 41 pensów, więc tak zrobiłem i 7f zapłaciłem :) Tylko że… automat do zamawiania piękny i nawet był tam polski :D w sumie to z języków był tylko angielski, polski i jakiś jeszcze dziwny, a może trzeba było rozwinąć by wybrać więcej języków, ale płatność prawie tylko kartą… wprawdzie jak już przerwałem proces, to łaskawie pokazała się możliwość zapłaty przy kasie, ale paragonu to mi nie wydrukowało… na szczęście zdołałem zapamiętać numer i nie musiałem ponownie zamawiać. Tylko pan od razu domyślnie mi terminal kart włącza, ja nie wiem, przecież jakbym chciał płacić kartą, to zrobiłbym to w automacie ;)
A teraz siedzę, piję piwo, no bo oczywiście kupiłem dwa do spróbowania, a kupiłbym i więcej, ale i tak mnie już kark od plecaka boli, jeszcze wyskoczę po zakupy któregoś dnia, na szczęście Tesco jest blisko i do północy czynne i następne w kolejności ;) dzisiaj w Sainsbury’s byłem ;) a piwo powiem Wam, że niezłe, ale na jutro chyba mam jeszcze lepsze :D

Dzień 4 – 31.05, środa – Stonehenge
Dzień wcześniej w jednym sklepiku jubilerskim zerknąłem na minerały i rzucił mi się w oczy mały aniołek z lepidolitu. Można powiedzieć, że mnie przyciągnął ;) i można wierzyć w moc kamieni albo nie, ale tak czy inaczej są po prostu ładne i od dziecka mnie do nich ciągnęło, trochę ich mam, nie dużo (bo to jednak też przedmioty), ale taką małą miseczkę… I tak się składa, że naprawdę zawsze rzuca mi się w oczy akurat ten, którego właściwości właśnie mogłyby mi się w życiu przydać ;) W każdym razie wczoraj aniołka nie kupiłem, bo zwykle kupuję takie rzeczy na koniec, bo może się jeszcze rozmyślę… ale dziś pomyślałem, że byłoby fajnie jakby jednak pojechał ze mną w takie miejsce mocy ;) Więc rano szybko wymierzyłem, że skoro o 9:30 otwierają, to zdążę go kupić i na autobus – tak też zrobiłem. Kosztował 9 funtów, ale to miła pamiątka (i zmieści się w miseczce ;) ).
Na 10:00 poszedłem na autobus prawie pod dworzec… Jeżdżą specjalne, zielone, „The Stonehenge Tour”, można kupić bilet albo tylko na przejazd (co byłoby bez sensu ;) ), albo na przejazd i wstęp (do Stonehange i jeszcze Old Sarum w drodze powrotnej), albo na to wszystko + jeszcze katedra, no ale byłem w niej wczoraj, więc wybrałem bilet środkowy – 39 funtów. Słuchawki gratis, po drodze się słucha audioprzewodnika (każdy fotel ma taki panelik i jeszcze usb, więc można coś cobie naładować). Zaleta tego przejazdu jest też taka, że omija się kolejkę do kas na miejscu, a ta była spora, bo większość chyba przyjeżdża samochodami (jest wielki parking i był bardzo pełny…). Na wejściu jest takie powiedzmy mini-muzeum i rekonstrukcja wioski, potem można autobusem kolejnym dojechać do kamieni lub dojść na pieszo, wybrałem spacer. Aha, wcześniej ściągnąłem na komórkę audioprzewodnik – tu już można wybrać różne języki, polski też jest. Ale bardzo krótkie te stacje, pewnie tak ma być ale ja tam bym mógł dłuższych posłuchać… No i cóż… tak, krąg można zobaczyć też za darmo zza płotu, który w sumie w jednym miejscu styka się ze ścieżką dla płatnych ;) ale ścieżka prowadzi potem dużo bliżej kamieni, no i na pobliskiej łące można posiedzieć/poleżeć. Krąg jest ogrodzony i nie można wejść do niego, co jest motywowane tym, że odwiedza go 1.3 miliona ludzi rocznie, zadeptaliby gdyby wszyscy mogli wejść ;) no i zamiast trawy byłoby błoto… no i byłoby ich wszędzie pełno i zdjęcia wychodziłyby brzydko z nimi :P – to ostatnie, to już mój argument ale tak – uważam że zakaz wstępu na co dzień między kamienie, to dobra decyzja. Spędziłem tam ładnych parę godzin, w sumie tak długo jak się dało żeby jeszcze w drodze powrotnej zdążyć do Old Sarum ;) czyli tak ze 4-4,5 godziny.
Słyszałem dużo głosów, że nie warto Stonehenge zwiedzać i płacić za wstęp, bo to przecież tylko parę kamieni… (a „muzeum” jest tylko po to żeby usprawiedliwić drogi wstęp), a ja uważam że warto! Bardzo mi się podobało :] a że trochę to kosztuje… no cóż, te wszystkie zabytki muszą być z czegoś utrzymywane… Tak sobie myślę, że ludzie, którzy uważają że nie warto, to może Ci którym zależy tylko na zdjęciu na instagram? ;) bo w takim przypadku można pojechać do Paryża i zrobić sobie zdjęcie pod wieżą Eiffla albo w Londynie pod Big Benem za darmo, i każdy rozpozna, no to faktycznie nie warto tutaj płacić ;) Ale dla mnie to jest ciekawe przeżycie, no a „muzeum” uzupełnia opowieść. Spod kamieni przyjechałem autobusem do wyjścia.
W drodze powrotnej wstąpiłem do sklepiku (wyjście tylko przez sklep, no jakżeby inaczej XD ) i nawet skusiłem się kupując obok widokówki (75 pensów) korkową podstawkę pod garnek/talerz (6 funtów) – uznałem, że chcę mieć taką materialną i praktyczną pamiątkę, która jest też całkiem ładna, no w każdym razie nie wygląda jak tania chińszczyzna ;) W restauracji mają podobno jakieś specjalne ciasto i piwo ale nie skusiłem się już, bo „śniadanie” znowu jadłem na łące i jeszcze czułem je w żołądku ;)
Niestety autobus do Salisbury miał opóźnienia 20 minut, co sprawiło że do Old Sarum zdążyłem ledwo przed ostatnim wejściem – na pół godziny przed zamknięciem, co jednak nie było aż takim problemem, to tylko pozostałości zamku i osady, całą okolicą można spacerować już po zamknięciu, za darmo, więc udało się wszystko zaliczyć :) i był to też miły spacer, ładna okolica. Ale samo dojście tam było dosyć zabawne, bo wysiadłem ja i jeszcze chyba tylko dwie dziewczyny. patrzę tak w nawigację w którą stronę w ogóle mam tam dojść ale tu czasu mało, kątem oka zerkam że może one ruszą i pójdę za nimi – będzie szybciej :D ale nie, one kątem oka zerkają gdzie ja pójdę :D no to musiałem w końcu szybko wymyślić, ale była to dobra droga ;)
Był to już ostatni tego dnia zielony autobus, który koło Old Sarum stawał ale kierowca (albo audioprzewodnik, nie pamiętam) zapowiedział, że na bilet wstępu można do miasta wrócić dowolnym autobusem miejskim – fajnie pomyślane ale nie skorzystałem, bo w planach miałem długi spacer ;) Tzn. myślałem też o obiedzie w pizzerii… ale hotel był jednak w trochę innym kierunku, a mnie zależało żeby iść zaplanowaną już dawno drogą, więc pizza będzie jutro ;) (to też ważne, pizzeria ma wyjątkowo dobre opinie, chwalą się najlepszą pizzą w Anglii :D ). Chociaż po przejściu nią, drogi tej nie polecam – jest spory kawałek bez chodnika :P W sumie wyszło na to, że obiadu dziś nie jadłem… tylko ostatniego pączka, chipsy i piwo ;) (to już jednak aż tak mi nie smakowało), no cóż, czasem tak bywa na wyjazdach ;)
Pogoda jest w tym kraju dziwna: normalnie to jest ciepło, gorąco nawet, ponad 20 stopni. Ale jak zawieje… a wieje często, to jest to tak zimny wiatr, że można by kurtkę ubierać :/ więc nie wiadomo jak się ubrać. Wszystko to sprawia, że niby jednak nie jest aż tak ciepło, ręce mi zmarzły… natomiast gębę mam czerwoną jak burak, nawet nie zauważyłem kiedy się opaliła :P
Teraz jeszcze planowałem dzień jutrzejszy (masakra… ale o tym będzie jutro ;) ).

Ale ja myślę, że w dzisiejszych czasach to samotne podróżowanie też jest już co raz popularniejsze i jakieś takie głośniejsze ;) Nawet kobiety samotnie też często podróżują. I pewnie to będzie tylko narastać, bo co raz więcej jest jednoosobowych gospodarstw domowych :)
Ale fakt, że jeśli chodzi o koszty, to jest to problem… no może nie taka wycieczka jak moje po Europie, czy nawet USA też bym chyba dał radę tak ogarnąć (jest to już, oczywiście droższy wyjazd, pewnie ze 2 czy 3x tyle musiałbym wydać ale jest to do zrobienia – po prostu bilet, zabookować hotel i tyle), ale jakbym chciał już jakąś bardziej egzotyczną, zorganizowaną, np. podobała mi się taka z oferty Rainbow Tours do Ameryki Południowej (Meksyk itp.), to to jest już większy problem, bo jakbym chciał pojechać sam, to owszem, można, ale kosztuje to prawie jak za dwie osoby… A mnie na jedną może i byłoby stać ale na dwie to już słabo to wygląda :( Także jakby ktoś chciał ze mną polecieć tam to polecam się :P

Dzień 5 – 1.06, czwartek – Avebury
Tak sobie założyłem, że na tej wycieczce oprócz Stonehenge zobaczę też większy i starszy krąg megalityczny w Avebury. Tylko że o ile dostać się do Stonhange z Salisbury to nie jest żaden wyczyn, tak dostać się do Avebury, to jest, ło panie… dokładnie tak jak tu napisali: https://www.tripadvisor.co.uk/ShowTopic-g186414-i1296-k11323155-Salisbury_to_Avebury_by_bus-Salisbury_Wiltshire_England.html „It’s a simple looking trip that suddenly runs into over 2 hours each ways” i „akward journey” ;) i przyznaję, kilka razy wracała do mnie myśl, żeby jednak zrezygnować ale gdybym to zrobił, byłbym bardzo rozczarowany. Tak więc spędziłem dzień wcześniej co najmniej dwie godziny, żeby to logistycznie zaplanować – z rozpiską autobusów na cała stronę A5 do 3 możliwych miejsc przesiadkowych :D Potem zestawienie poszczególnych opcji, to kolejne pół strony ;) ale byłem dobrze przygotowany. No oczywiście przygotowanie obejmuje też zajrzenie na YT żeby posłuchać jak się w ogóle te nazwy miast wypowiada :D
Ponieważ jednak straciłem tyle czasu wieczorem, znów poszedłem spać na jakieś pięć godzin ;) bo niestety przy takim dojeździe trzeba było ruszyć jak najwcześniej. Planowałem wstać o 8:00 i pójść na autobus o 8:55 do Devizes jednak, mimo że tak mało snu miałem, obudziłem się jeszcze wcześniej nawet nie śpiący, więc ogarnąłem że zdążę może na 8:25 na autobus do Swindon. Wprawdzie ta opcja nie dawała mi szybszego dotarcia na miejsce docelowe, ale dawała więcej czasu na przesiadkę, więc pomyślałem że to chyba dobry pomysł – gdy się jest gdzieś pierwszy raz i nie ma się za dużego pojęcia gdzie w ogóle autobusy stają (choć dzięki Ci Boże za Google Maps i Here We Go ;) ) oraz jak punktualne są, to lepiej mieć na przesiadkę 40 minut, a nie 3 ;) Te pół godziny w Swindon spędziłem na pobliskim powiedzmy targu, był całkiem przyjemny i pan sprzedawał owoce i warzywa w promocyjnych cenach ;) 2 szalki malin za 2 funty (zamiast za 3), więc się skusiłem. W tym miejscu muszę zaznaczyć że wczorajsze wiatry (a może zbyt długi czas spędzony na trawie…) poskutkowały tym, że dzisiaj jestem trochę chory… tzn. na szczęście nie mam ani kataru ani kaszlu i nawet gardło nie boli, więc da się w miarę normalnie żyć i nie psuje mi to bardzo urlopu ale czuję że się w nim wydzielina zbiera, często muszę odchrząkać, więc jest to dość nieprzyjemne… No i chciałem zjeść te maliny, bo jedzenie o takiej konsystencji dobrze mi robi ;)
Do Avebury dojechałem na 11:36, zjadłem zabrane śniadanie (i butter scones z malinami są jeszcze pyszniejsze! ale z tym gardłem i chyba po tej długiej jeździe autobusem, to mi się trochę zrobiło niedobrze ;) ), pochodziłem, posiedziałem… to jest również bardzo malownicze miejsce i chyba już nie tak nieznane… ludzi było moim zdaniem sporo, psują więc zdjęcia ;) Kupiłem dwie widokówki (w wiosce nie ma wiele, ale jest sklep z pamiątkami, spożywczy i dwie restauracje) i o 14:36 byłem gotowy odjechać. Aha, bilety kosztują teraz 2 funty za każdy autobus (tak testują, do ostatniego chyba lipca), więc zapłaciłem razem w obie strony 8 funtów, myślę że to spoko, a może można było jeszcze taniej? Nie wiem i nie wgłębiałem się, nie chciało mi się siedzieć jeszcze dłużej nad tym. Może jest jakiś bilet dzienny ale nie byłem pewien czy wszystkie te autobusy należą do tych samych przewoźników itp. Tym razem odjechałem do Devizes i miałem tylko 7 minut na przesiadkę, i kilkaset metrów do przejścia na inny przystanek (choć to się okazał krótszy odcinek), tylko że jak już się tam znalazłem i odnalazłem niby właściwy przystanek, tablica głosiła że autobus odjeżdża o 15:05 (która właśnie mijała), gdy tymczasem internet podawał 15:10… Jakaś rodzina też tam niepewnie stała mówiąc: „app says 15:10…”. Jak się jest samemu niepewnym, zawsze dobrze trzymać się blisko innych niepewnych (jak nie ma pewnych :D ), tak też zrobiłem (z resztą nawet gdyby faktycznie o 15:05 odjeżdżał, to mógł się przecież spóźnić, bo wydawało mi się, że go jeszcze nie widziałem), nie byliśmy też pewni czy odjeżdża stąd, ale zapytali tam kogoś i „definitely here” – podsłuchałem :D Więc staliśmy i faktycznie o 15:10 nadjechał – to była ulga, że już na pewno dojadę na miejsce ;) (dodatkowo ten ostatni autobus miał porty usb do ładowania, akurat w odpowiednim dla mnie momencie ;) ).
Może jeszcze słowo o samych autobusach: nie tylko w Londynie są piętrowe, w sumie prawie wszystkie które widziałem w Anglii są piętrowe tylko niekoniecznie czerwone ;) Natomiast zieleń wokół drogi albo jest zbyt rzadko, albo za mało obcinana, gałęzie co kawałek szorują po dachu i/lub bokach autobusu, czasami nawet walą bardzo głośno jakieś większe konary. Noo i drogi to jakaś masakra – są tak ciasne, że nierzadko obie strony muszą bardzo zwolnić albo nawet ktoś musi całkiem się zatrzymać żeby np. taki autobus przejechał. No a do ruchu lewostronnego jest mi nawet jako pieszemu bardzo trudno się przyzwyczaić, człowiek odruchowo odbiera ulice zupełnie inaczej, nie zdawałem sobie sprawy że aż tak. Staję przed skrzyżowaniem i ciężko mi sobie uświadomić, z której strony nadjedzie samochód, ale może to tylko ja tak mam ;) Natomiast z tego co czytałem nie ma tu reguły prawej (ani lewej) ręki, a to mi się podoba. Może dzięki temu ludzie jeżdżą uważniej? Na większości skrzyżowań są znaki określające pierwszeństwo, a tam gdzie nie ma, to raz miałem okazję się przyjrzeć: podjechał jeden, zatrzymał się, potem drugi i też się zatrzymał, po czym ten pierwszy przejechał (raczej pierwszeństwo ma ten, kto pierwszy przyjedzie).
Wracając do dnia dzisiejszego, to po powrocie do Salisbury jeszcze się trochę wahałem czy by tej pizzeri znów nie przełożyć na jutro, bo jednak te autobusowe podróże przez 2,5h są takie mdłościogenne ;) ale po chwili spaceru zdecydowałem się jednak zjeść w Pizza Venti czyli tej „najlepszej pizzeri w UK” ;) Noo, pizza była faktycznie dobra, włoskiej z Rzymu nie przebija ale uplasowałbym dość wysoko ;) do tego Cola Light za 2,25 – to też nie ma tragedii (tzn. mam wrażenie że napoje w restauracjach bywają w Niemczech jeszcze droższe), sama pizza kosztowała 16 funtów, były tańsze ale wziąłem tą z serem bufala. Potem jeszcze zaproponowali kieliszek likieru cytrynowego własnej roboty i również muszę przyznać, że jak na alkohol to smaczny ;) Zostawiłem 20 funtów. W drodze powrotnej do hotelu szedłem jeszcze trochę inną drogą i odkryłem kościół ze starym cmentarzem – widziałem takie miejscówki po drodze ale nie było oczywiście jak zrobić zdjęcia, więc ucieszyłem się z tej tutaj – takie miejsca są bardzo urokliwe! W hotelu w końcu też zmęczenie dało się odczuć – przespałem się trochę i wyszedłem jeszcze do Tesco na małe zakupy spożywcze – była 23:00, tego mi w Niemczech brakuje – długo otwartych sklepów (no i otwartych w niedziele rzecz jasna). Tylko że jakoś nie pomyślałem o koszyku, więc zakupy były naprawdę podstawowe, ale jutro kupię coś jeszcze raz ;)
Co do samego Avebury, to też uważam że zobaczyć warto. Szkoda tylko że z Salisbury to taka droga przez mękę jak się nie ma samochodu… mogliby tu jakiś przejazd zorganizować, chociaż raz dziennie, myślę że trochę chętnych by mieli. Ktoś na tym Tripadvisorze napisał żeby patrzeć na to jak na „slow travel” ale szczerze? Jeśli człowiek musi spędzić dwie godziny planując, to to dla mnie nie jest żadne slow, trochę inaczej wyobrażam sobie życie w stylu slow, a nie że muszę wykonać czynność (praktycznie jakby kolejna czynność na liście „to-do”) tak bardzo czasochłonną…
Teraz odpoczywam, odsypiam itp. Na jutro już nie mam żadnych planów, więc to wreszcie może będzie slow ;)

A jeszcze chciałem powiedzieć, że w Devizes urodził się aktor, który grał postać, po której mam imię… czyli można powiedzieć, że urodził się tam człowiek, który częściowo mnie stworzył :D Czułem tą moc! ;D

Dzień 6 – 2.06, piątek – Salisbury
Wreszcie się wyspałem… chociaż no biorąc pod uwagę, że poszedłem spać około 4:30, a przebudziłem się o 11:00, to też było trochę krótko… W każdym razie tak jak sobie planowałem, poszedłem jeszcze trochę pochodzić po mieście. Np. odwiedziłem wszystkie otwarte charity shopy ale nie znalazłem kolegi dla Puchatka ;) (taki duży puchaty miś, który mieszka z mamą w PL, a jako że ja mam dwa duże, to mama też chciała kolegę dla niego mieć :D ). Poszedłem nawet na dworzec, bo rano przy śniadaniu zerknąłem na rozkład jazdy i zaniepokoiło mnie to co zobaczyłem – mianowicie znowu brak pociągów… Ale na dworcu to nic nie ma, nie ma jakiegoś rozkładu, tylko też info o robotach na linii i możliwych utrudnieniach… Sporo czasu spędziłem pod katedrą, bo to takie przyjemne miejsce i można usiąść na trawie czy nawet się położyć… czego prawdopodobnie nie powinienem robić, bo już od czwartku czułem, że coś mnie bierze… Może też nie powinienem był jeść lodów, ale skusiłem się na takie z Fudge… były faktycznie dobre. Posiedziałem, pochodziłem, a potem wróciłem do hotelu robiąc zakupy w Tesco (potem już z hotelu wyszedłem jeszcze do Lidla, bo scones jednak najlepsze są w Lidlu :D ). Miałem zjeść w McDonald’s ale w końcu dałem sobie spokój, bo nie byłem głodny – za dużo słodyczy, bo jeszcze croissanta migdałowego w cukierni kupiłem ;)
W hotelu okazało się, że faktycznie jest dużo mniej pociągów niż być powinno, a bezpośrednich nie ma wcale :/ więc to czego uniknąłem w drodze do Salisbury, spotkało mnie w drodze powrotnej… Mało tego jeszcze, ten mój bilet to w końcu nie wiedziałem czy mogę na niego jechać czy nie, bo on jest na „poza szczytem” i choć na stronie kolei znalazłem zapis, że generalnie weekendy też są „poza szczytem”, to wyszukiwarka połączeń pokazywała, że bilet, który powinienem mieć, powinien być droższy (taki szczytowy)… Znowu: nie może być przecież za prosto… :/ Wieczorem też już się spakowałem odkrywając ze zdziwieniem, że ledwo się mieszczę w walizce :D herbaty, chipsy… nawet jedno piwo sobie wziąłem i tak jakoś wyszło, na całe szczęście wziąłem do Anglii tak mało rzeczy, bo bym się nie zabrał ;)

3.06, sobota – dzień 7 – Salisbury -> Londyn -> (i do domu)
Musiałem bardzo dobrze zaplanować czas, skoro właściwie tylko jeden pociąg mi pasował… jednak i tego dnia obudziłem się przed budzikiem. Tym razem byłem głodny, chciałem nawet w McDonald’s śniadanie zjeść żeby wykorzystać mój kupon na Big Maca + frytki za jedyne 2 funty! :P ale się okazało, że to dopiero od 11:00 (planowałem więc to zrobić w Londynie ale potem odpuściłem, bo za bardzo ryzykowne czasowo, no cóż jakoś przeżyję tą „stratę” ;) ). Dowlokłem się do dworca i zapytałem pana kasjera czy ja mogę na ten bilet jechać do Londynu najbliższym pociągiem? – pan popatrzył i mówi, że niestety nie, na ten mógłbym dopiero po 12:00… już miałem wizję przebookowywania Flixbusa (choć to słabo opłacalne, tyle samo bym prawie zapłacił co za nowy bilet kolejowy z Salisbury do Londynu, tyle że w sumie jak mam tyle płacić to może lepiej zostać dłużej :D) albo kupna nowego biletu, a szczytowy w jedną stronę kosztuje prawie 50 funtów… no ale nic, dokładnie tyle jeszcze mi zostało ;) Zapytałem jednak pana czy mogę wymienić i mogłem i dopłaciłem tylko 16 funtów! Więc w sumie ta droga Londyn – Salisbury w obie strony i tak wyniosła mnie najtaniej jak mogła ;) Pociąg jak wspomniałem nie był bezpośredni, ale trzeba przyznać, że przesiadka w Basingstoke była dobrze zorganizowana, z tego samego peronu i po 16 minutach oczekiwania. Pociągi punktualne. Tylko dość zatłoczone oba były, ale nie musiałem stać.
Zajechałem na ten Londyn Waterloo i kurcze nie poznaję stacji, a przecież stamtąd przyjechałem XD ale po chwili się odnalazłem i już bez przeszkód poszedłem na Victoria Coach Station – początkowo pomyślałem że skoro mam jeszcze te luźne 6 funtów, mogę pojechać, nawet są bezpośrednie autobusy – wspaniale! Tylko, że nie, bo autobusy są bezgotówkowe ;) to już wolałem iść na pieszo zamiast zastanawiać się czy może metro albo coś (metrem się dało z przesiadką ale ogarniać to znów zajmuje czas, może więcej niż po prostu przejść). Na miejscu też nie byłem znowu pewien gdzie dokładnie te autobusy stają… ale dało się szybko odnaleźć, wszystko jest dobrze oznaczone, wsiadłem więc we Flixbusa prawie pół godziny przed odjazdem :)
Tym razem podróż miała być przez Eurotunel, na szczęście, chociaż… jak już stanęliśmy w tym pociągu czy czymś i kierowca wyłączył silnik (a więc i klimatyzację)… to mówiąc że było jak w piekarniku może bym trochę przesadził, ale tylko trochę ;) (tam są komunikaty żeby otworzyć okna do połowy – no ale to można zrobić w samochodzie…). Tak więc autobus piętrowy, ja na górze z niby jeszcze nie katarem (ale właśnie w tym momencie się zaczął), uszy zatykały się jak w samolocie, no ogólnie wrażenia nie były przyjemne, aż zacząłem się zastanawiać czy może jednak prom nie jest lepszy – można tam przynajmniej wyjść na powietrze ;) Ale nie, Eurotunel jednak szybszy, jednak wolę, choć tak czy siak nie ciągnie mnie na te wyspy po raz kolejny wcale :P
Ale nie wspomniałem jeszcze o kontroli paszportowej – była też dwa razy aczkolwiek już o wiele lżejsza niż w tamtą stronę. Mogliśmy wyjść bez niczego, tylko z paszportami przez budyneczek. Ogólnie wszystko poszło o wiele szybciej i do Lille mieliśmy pół godziny rezerwy. A dojazd był planowo. Przesiadka w Brukseli też bez większych niespodzianek, tylko może trochę niepewności czy stanie na początku ulicy czy dalej (a to spory odcinek), ale to nie tylko ja byłem niepewny, znowu podsłuchałem jakieś Niemki, że pan z innego Flixbusa powiedział im że tu stanie, chyba żeby nie było miejsca, to dalej ;) I w ogóle mają tam przebudowę dworca, więc nudno. A jak już wsiedliśmy to jeszcze trafiła się upierdliwa pasażerka, która jak raz usłyszała że można usiąść obojętnie gdzie, to potem nie chciała się przesiąść mimo że był bardzo pełny… ech, ja nie wiem czemu ludzie się tak zachowują, jeśli ja mam przydzielone miejsce, to je po prostu zajmuję, nawet jak nie muszę, bo chcę uniknąć tłumaczenia i mieć spokój (no chyba, że moje miejsce nie jest dostępne). Do domu dotarłem planowo, nawet był zaraz autobus z dworca aczkolwiek jeszcze nocny – już teraz wiem czemu kiedyś mi się wydawało, że nie ma o tej porze autobusu :D nie pomyślałem żeby sprawdzić rozkład nocnych o 6:30 rano ;)

Aha, podwójnie pobrane pieniądze za hotel wróciły same i były już w piątek, pomniejszone o 7€ – tyle się traci widać na podwójnym przewalutowaniu ;) Wypłata z bankomatu kosztowała nieco ponad 10€ (koszt transakcji + przewalutowanie), zabrało prawie 340€ za 250 funtów… (z czego przywiozłem 30£), no i jako że tak to wszystko wychodzi, może bez sensu byłoby wypisywać wszystkie wydatki jak to zwykle robiłem, może po prostu najlepiej tak:
– hotel: 520€
– Flixbus w obie strony: ok 200€
– wejście z przewodnikiem na wieżę katedry (bo to osobno płaciłem): 20€
– inne wydatki: 340€ – 30£ = ok. 305€
Łącznie: około 1050€… no cóż, najtańsze wycieczkowe cele już zaliczyłem, teraz trzeba się liczyć z tym, że kolejne będą te droższe ;)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.