Trójmiasto (i inne…) – 18-24.07

Na mój drugi tegoroczny „duży” urlop (3 tygodnie!) w Polsce, zaplanowałem kilkudniowy pobyt nad polskim morzem, gdzie tak właściwie nigdy wcześniej nie byłem :) (bo nie liczmy tego razu kiedy miałem roczek ;) ). Tym razem wyjazd był z mamą, bo wiedziałem że też by bardzo chciała pojechać. Zaplanować chciałem tak, żeby najważniejsze miejsca w Trójmieście zwiedzić ale jednocześnie by mi to za dużo urlopu nie zajęło, bo chciałem też odpocząć potem w domu, a taka wycieczka zwiedzalnicza w moim wykonaniu, to niekoniecznie wypoczynek ;) A więc…

Dzień 1 – 18.07, wtorek – Sopot
Po raz pierwszy nocleg miałem z AirBnb, nigdy wcześniej nie korzystałem z tej platformy, ale ktoś mi podsunął taki, wyjątkowo tani nocleg, z parkingiem (150zł za noc za 2 osoby, + 130zł opłaty AirBnb, razem 880zł za 5 nocy), nic lepszego nie znalazłem, więc na niego się zdecydowałem. Nocleg był w prywatnym domu (w kamienicy), więc reszta domu współdzielona z mieszkańcami, ale miał bardzo dobre opinie, no i było tanio, a jeśli nie jestem na wycieczce sam, to mi w sumie aż tak nie przeszkadza np. wspólna łazienka… (w praktyce prawie się nie spotykaliśmy z mieszkańcami, tak jakoś wychodziło).
Do Sopotu z domu w PL mam nieco ponad 400km, to na tyle mało żeby nie być bardzo zmęczonym podróżą ;) „Zameldować” można się było wg. info od 17:00, ale zapytałem czy ewentualnie mógłbym zaparkować wcześniej i nie było problemu (zaparkować i skorzystać z toalety można), a nawet dostaliśmy już klucze i w sumie można się było wypakować, babka powiedziała że jak ma wcześniej wolny pokój i zdąży posprzątać, to udostępnia wcześniej więc fajnie :) Tylko parking… znaczy był i wszystko ok, ale trochę wąsko, trochę musiałem pomanewrować ;) W sumie jednak czasowo i ogólnie poszło wszystko sprawnie i już po 15:00 byliśmy na spacerze w Sopocie. Nocleg znajdował się dodatkowo w bardzo korzystnym miejscu, zaraz obok dworca głównego, 10-15 minut od mola – tam też poszliśmy pierwszego popołudnia. Molo (wstęp 10zł od osoby), latarnia (też 10zł) i ogólnie trochę po deptaku. Kolacja w KFC, a wcześniej nad morzem frytki ;) Pogoda była i wszystko ok :)

Dzień 2 – 19.07, środa – Gdańsk
Na ten dzień zaplanowałem muzeum IIWŚ w Gdańsku, a potem zwiedzanie śródmieścia, a więc z samego rana poszliśmy na PKP i pojechaliśmy do Gdańska szybką koleją miejską. Komunikacja w Trójmieście niestety nie jest tak prosta jak w wielu innych miastach (np. na śląsku), więc bilet całodzienny czy kilkudniowy się nie opłacał i bazowaliśmy na jednorazowych. Do muzeum chciałem dostać się jak najwcześniej, byliśmy więc pod nim przed 11:00. Na zewnątrz była wystawa na temat IWŚ i czasu po niej, jakże więc można byłoby nie zacząć od niej? ;) Zaczęliśmy więc od niej i nagle się okazało, że już prawie 12:00 a kolejka pod muzeum sięga aż za schody… Jak to zobaczyłem to mnie zatkało ;) nie wiadomo było ile trzeba będzie tam stać, jak wejdę za późno, to będę rozczarowany że nie zdążę… szybka decyzja: przenosimy wizytę w muzeum na sobotę. Tego dnia zwiedzaliśmy więc tylko miasto, włącznie z wejściem na wieżę Bazyliki Mariackiej (wstęp normalny: 16zł, ulgowy: 8zł), Górą Gradową, a nawet zjadłem gofra w Dickery :D (wziąłem hero z nadzieniem pistacjowym /bo kokosowego już nie było/ i białą czekoladą), no bajer jest ;) ale szczerze… jak można się domyślić, normalne gofry są smaczniejsze i tańsze :P Ale raz każdy może spróbować ;) a pewnie nawet nie raz, wiadomo że tego się nie kupuje dla smaku ;) Obiad w Pizza Hut (ale to było planowane, chciałem koniecznie spróbować, bo wieki nie jadłem). Zwiedzanie zajęło cały dzień i wróciliśmy dość późno.

Dzień 3 – 20.07, czwartek – Gdynia
Do Gdyni pojechaliśmy autobusem, gdyż tak nam poradziła gospodyni, u której mieszkaliśmy. Autobus odjeżdżał prawie spod kamienicy – mama sobie na przystanku przypomniała, że nie wzięła wody, w 3 minuty zdążyłem po nią wrócić, na tyle blisko to było ;) Wysiedliśmy na Orłowie żeby zobaczyć plażę i orłowski klif… po krótkim spacerze po bulwarze i molo, ruszyliśmy na punkt widokowy na klifie i potem wzdłuż plaży aż do śródmieścia – bardzo fajny spacer! Gdynia sama w sobie nie robi aż takiego wrażenia, ale nad morzem było bardzo przyjemnie. Jedno tylko mnie wkurza, nigdzie w restauracji nie znalazłem mintaja, same jakieś bardziej udziwnione ryby, a moim zdaniem mintaj, to najsmaczniejsza ryba, mimo że najtańsza, pewnie jednak zbyt pospolita na nadmorskie restauracje… szkoda. W jednej znalazłem niby w internetowym menu, że jest, a w rzeczywistości nie było, w końcu jednak mama też tam nic nie zjadła, bo tak długo czekaliśmy na jej zamówienie, że w końcu wyszliśmy. W rezultacie obiad znowu był w KFC :D (w galerii Riviera). Potem pozostało tylko ogarnąć, skąd odjeżdżają autobusy do Sopotu a nie było to dla mnie łatwe… nie mogłem po Google Maps znaleźć skąd odjeżdża ta S, którą przyjechaliśmy… postanowiłem więc że trudno już, pojedziemy czymkolwiek, co jedzie do Sopoku i będzie najbliżej… ale jakoś udało się trafić, przypadkiem, dokładnie w okolicę, skąd Ska odjeżdża i wrócić tym samym autobusem pod samo mieszkanie! :) Wróciliśmy późno, ale nie aż tak jak w środę, na szczęście, bo mnie jeszcze czekało planowanie piątku…

Dzień 4 – 21.07, piątek – Gdańsk (Westerplatte), Sopot
Na dziś miałem głównie zaplanowane Westerplatte. Problem polega na tym, że tam się dostać komunikacją z Sopotu, to dość długa wyprawa, z przesiadką w Gdańsku, objazdem kawał drogi autobusem… – wizja średnia. Bardziej racjonalnie przedstawiała się podróż samochodem, problem w tym, że nie lubię jeździć samochodem po obcych miastach (a jeszcze się o słynnych trójmiejskich korkach nasłuchałem…), no i parking – niby są darmowe na Westerplatte… ale są też płatne (a wtedy to komunikacja może nawet wyjść taniej i chyba jednak mniej stresu). Dodatkowo niektórzy straszyli, że o 10:00 to już nie ma miejsca nawet na płatnych parkingach, a jeszcze teraz jakieś remonty i część parkingów zastawiona. No i tak siedzę i myślę, myślę i siedzę… rozsądek podpowiada, że jednak samochód, wrodzona niechęć, że lepiej komunikacja. W końcu jednak stwierdziłem, że twardym trza być, nie miętkim, pojedziemy samochodem tylko tak, żeby o 9:00 to już być na miejscu. Tak też zrobiliśmy… i prawie wjechałem już na ten płatny po parking po prawej, ale w połowie wjazdu jednak się wycofałem, kawałek dalej po lewej był darmowy, w większości jednak wolny :P Także to była dobra decyzja, o 9:30 też jeszcze było pod dostatkiem wolnych miejsc :) Ruszyliśmy zwiedzać i natrafiliśmy gdzieś tam na ogłoszenie o zwiedzaniu z przewodnikiem. No lubię z przewodnikiem, czasowo też spoko, bo się zwiedzanie miało o 11:00 rozpocząć, ale nie byłem pewien czy na pewno, ale tak na pewno znajdę to miejsce zbiórki, więc trochę zwlekałem… kiedy już jednak znalazłem, kupiłem bilety przez smartfona (normalny 30zł, ulgowy 20zł). Wszystko się udało, zwiedziliśmy z przewodnikiem… a potem jeszcze raz sami się przeszliśmy pod pomnik i z powrotem ;) (przewodnik był w porządku, bardzo rozgadany i bardzo lubiący mówić o sobie ale ok ;) ).
Po powrocie (oczywiście w korkach… w sumie jednak droga autem nie była taka zła) do Sopotu, poszliśmy jeszcze się przejść do Opery Leśnej i jeszcze raz na deptak, gdzie zjedliśmy kolację w restauracji )(po „Kuchennych rewolucjach”) „Śliwka w kompot” (kolejka była… no była spora, ale udało się nam przeskoczyć kilka osób, bo było nas tylko dwoje i zgodziliśmy się zjeść na zewnątrz, a pogoda zaczęła się psuć i inni nie chcieli). Ja oczywiście wziąłem pizzę z powidłami śliwkowymi :D (tylko bez salami), a mama jakąśtam rybę. Jedzonko było dobre i wszystko ok, ale… podjąłem decyzję, że kończę z restauracjami :) Tzn. nie pasuje mi ta kultura napiwków, a także to całe zamawianie, czekanie na żarcie, jedzenie, czekanie na kelnera, czekanie na rachunek… no ciągle jakieś czekanie. O wiele bardziej wolę po prostu podejść do baru, zamówić co chcę, zapłacić, a potem jeść i na nic już więcej nie czekać. Także tak, podjąłem taką decyzją i bardzo mi z nią dobrze – będę jeść tylko tam, gdzie się najpierw płaci i to tyle, ile jedzenie kosztuje, a nie 10% więcej ;) To mi też ułatwi wybieranie miejsca, gdzie zjem w podróżach – zawęzi trochę opcje i tak za dużego zwykle wyboru ;) Nie mówię, że nigdy się nie nagnę, ale myślę też, że to fajnie wybrać jakiś model działania i się na nim skupić :)

Dzień 5 – 22.07, sobota – Gdańsk
Tym razem już zgodnie z planem, na 10:00 byliśmy pod muzeum i chwilę potem weszliśmy (bilet normalny: 25zł, ulgowy: 18zł). Cóż mogę rzec… bardzo fajnie zorganizowane muzeum, w którym spędziłem 8 godzin (nie żartuję :D mama zwiedzała 7 i już miała dość, toteż posiedziała tam sobie na ławeczce czekając na mnie), tylko żebym naprawdę był usatysfakcjonowany i przeczytał wszystko, co naprawdę chciałbym tam przeczytać, to musiałbym tam spędzić ze trzy razy tyle :D A tak to po prostu mogę powiedzieć, że wykorzystałem czas najlepiej jak mogłem… ale chętnie poczytałbym więcej ;)
Potem, a było już po 17:00, ruszyliśmy na Jarmark Dominikański, który był głównym powodem tego, że w ogóle zaplanowałem w ten sposób (tzn. do weekendu włącznie z sobotą) pobyt w Trójmieście, w przeciwnym razie wybrałbym poniedziałek-piątek, ale jarmark zaczynał się w sobotę, a być tam i odjechać dzień wcześniej, to byłoby dosyć głupie ;) Tak więc zaliczyliśmy też Jarmark, gdzie zjedliśmy po trdelniku (mój ulubiony jarmarkowy słodycz) oraz kupiłem sobie bombkę – samochodzik ;) Kolacja już tradycyjnie – KFC (jakoś nam najbardziej przypadł do gustu ze względu na małe, tanie, a dla nas wystarczające, zestawy). Powrót znów późno… a ja już co raz poważniej myślałem, że jak nazajutrz rano odjedziemy, to będę miał niedosyt… jest jeszcze trochę miejsc w okolicy do zwiedzenia, jeśli nie teraz, to kiedy… Mama nie miała nic przeciwko temu, więc postanowiliśmy, jeśli znajdę nocleg w sensownej cenie na kolejną noc (tam gdzie byliśmy, nie mogliśmy zostać, bo już miała następnych gości), to zostajemy!

Dzień 6 – 23.07, niedziela – Gdynia, Hel
Rano spakowaliśmy się i odjechaliśmy do Gdyni. Nocleg na kolejną noc znalazłem w hostelu Vincent, na Grabówku. Wcześniej rozważałem jeszcze dwa inne, z czego jeden choć był dalej, to w okolicy dworca Gdynia Chylonia, co oszczędziłoby nam kilometrów na nogach, ale opinia, że pokoju nie da się zamknąć, zniechęciła mnie zupełnie. Przyjechaliśmy więc na Grabówek, hostel twierdził że miejsc parkingowych przy ulicach jest pod dostatkiem i chyba mieli rację bo czy to rano, czy później wieczorem, widziałem sporo miejsc. W każdym razie zaparkowałem i po prostu poszliśmy na Dworzec Główny, skąd pociągiem pojechaliśmy na Hel :) (szkoda być w Trójmieście i Helu nie widzieć ;) ). Podróż trwała dwie godziny, ale była ciekawa (bilety: 1 normalny i 1 ulgowy kosztowały razem niecałe 34zł). Sam Hel też warto choć raz zobaczyć, choć było tego dnia już raczej deszczowo i błotniście. Wracaliśmy statkiem, bo co tam, raz ten rejs można ;) (75zł za osobę…). No niby można, tylko że szczerze mówiąc, to podróż pociągiem była o wiele tańsza i o wiele ciekawsza :D serio, no bo jak płyniesz to masz wokół wodę i tyle, a pociągiem to choć mija się miasta i miasteczka, raz woda, raz ląd, naprawdę ciekawiej). Ale dobre mieli drożdżówki na Helu ;)
Wróciliśmy pod samochód i udaliśmy się do hostelu (podjechałem nawet troszkę bliżej). Najbardziej się niepokoiłem czy ogarnę bramkę, klucze itp., bo te kody i kolejność wejścia podane sms-em brzmiały mi dość skomplikowanie, ale czytając dokładnie instrukcję poszło bez większych problemów. Również i ten hostel miał mieszane opinie, ale moim zdaniem był zupełnie w porządku. Było czysto, współmieszkańców (były tam 3 pokoje) nie spotkałem ani razu, a że niektóre powierzchnie (np. drzwi) były już dość mocno zużyte, to cóż… za tą cenę i tak w porządku. Tylko internet trochę się krzaczył (niby się połączyłem a brak internetu – załapał dopiero po czasie, nie tylko na laptopie ale też na smartfonie, więc to na pewno nie wina moich sprzętów), ale dobrze, tragedii nie było, na tą jedną noc internet i tak koniecznie nie był mi potrzebny.

Dzień 7 – 24.07, poniedziałek – Stutthof, Malbork
Poniedziałek był już dniem powrotu aaaale to oczywiście nie znaczy, że się wsiada w samochód i jedzie do domu, o nie! Tak to mógłbym i bez noclegu ;) W poniedziałek stwierdziłem, że jedziemy zwiedzić Stutthof. No bo jakżeby to tak mogło być, żebym był gdzieś, gdzie w okolicy był jakiś obóz koncentracyjny i go nie zwiedzić? Tak by nie mogło być, tego postępowania żałowałbym już zawsze ;) Więc pojechaliśmy. Tam remontowana droga i trochę się najeździłem w tę i we w tę ale wszystko się udało. Byliśmy tam około 10:30, odjechaliśmy po 14:30… Wszystko fajnie, jedno tylko jest dla mnie niezrozumiałe i nie do zaakceptowania, a jest to opłata za parking. Ludzie piszą: „Parking ok, kosztuje 15zł”… gdyby kosztował te 15zł, to by było wszystko w porządku ale on nie kosztuje 15zł. 15zł to kosztują pierwsze trzy godziny, a co to są 3 godziny w takim muzeum?! Chyba wejść i wyjść, bo mimo że szybko czytam, wizyta zajęła mi 4 godziny i to tylko dlatego, że robiłem zdjęcia tego, co zamierzałem przeczytać jeszcze w domu. Tak żebym był usatysfakcjonowany tym co udało mi się przeczytać na miejscu, potrzebowałbym tam minimum 6 godzin, a wtedy to się już robi drogo jak za parking. Także to powinno być lepiej zorganizowane (np. max 20zł za dzień albo coś takiego).
W każdym razie wyszliśmy stamtąd i myślę sobie, że jeszcze wcześnie, Malbork niedaleko… wcześniej już nieśmiało myślałem, że może uda się zaliczyć Malbork na tej wycieczce… W międzyczasie pomyślałem też o Krynicy Morskiej, to też blisko aaalee… Malbork chyba ciekawszy, Krynica pewnie trochę jak Hel, to już widziałem ;) więc decyzja: Malbork po drodze! Oczywiście wcześniej też już obadałem parkingi, tam są mianowicie takie bardzo drogie, takie (miejskie) przyzwoite, oraz takie całkiem darmowe, udało się znaleźć miejsce na tym trzecim :P Dodatkowo w poniedziałki wstęp na zamek jest bezpłatny… no prawie ;) Trzeba zapłacić za przewodnika lub audioprzewodnik – w obu przypadkach 10zł od osoby i nie ma wejścia do samego zamku. Znów wybraliśmy przewodnika, bo audioprzewodnik to dla mnie trochę jak poczytać książkę… a poczytać to ja sobie mogę w domu ;) Podsłuchując jednak innych, jakiś pan obawiał się, że z przewodnikiem wizyta potrwa godzinę czy półtorej a jakby poszli z audio, mogliby zostać dłużej, ale obawa okazała się niepotrzebne – pan przewodnik też nas zostawił na dziedzińcu i można było dalej samemu chodzić ile się chciało :) My spędziliśmy tam czas od 16:00 do po 19:00. A potem powrót do domu, około 5 godzin z półgodzinnym postojem na kolację.

Wszystko fajnie wyszło, również i z tego urlopu jestem zadowolony :)

Gdybym chciał podsumować koszty… to byłoby to trudne, bo wydatkami na wyjeździe się dzieliliśmy. Ja zapłaciłem za noclegi=1040zł (dla dwóch osób, 6 nocy), paliwo… (około 1000km, to też powiedzmy z 400zł co najmniej), niektóre wstępy i niektóre posiłki… Myślę, że mogłem się w 2 tyś zł zamknąć. To połowa mojej podróży do Anglii, także ten – Polska nie jest aż tak droga ;)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.